Czytelnia
Myśląc o Bożym Narodzeniu
24 grudnia 2011
Myśląc o Bożym Narodzeniu

Wcielenie wywołuje wielkie poruszenie

Już za kilka dni będziemy świętować Boże Narodzenie. W zewnętrznych przygotowaniach „świąt" jest już bardzo dużo. Chciałoby się powiedzieć – aż nadto, gdyby patrzeć np. na supermarkety, które jeszcze przed ... Adwentem, „przypominały", ale o czym? O Bosko-ludzkim Wydarzeniu czy o zakupach?. Obyśmy zdążyli znaleźć dość czasu i wykrzesać choć odrobinę przenikliwej myśli, która właściwym imieniem nazwie to, co w świętach Najważniejsze!

Współcześni Jezusa, reflektując nad Wcieleniem i Bożym Narodzeniem, krótko stwierdzali: „Bóg... w tych ostatecznych dniach przemówił do nas przez Syna" (Hbr 1, 1). A za najważniejsze w tego rodzaju „przemówieniu" Ojca przez Syna do ludzi św. Jan uznał Miłość Boga do ludzi i szansę na „życie wieczne" dla „każdego": „Tak bowiem Bóg umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne" (J 3, 16). Wyjątkowa manifestacja Bożej Miłości do świata i zbawienie (życie wieczne) zaofiarowane każdemu człowiekowi – to istotna treść Narodzin Boga-Człowieka. Orędzie Bożonarodzeniowe, poznawczo uchwycone i sercem uwewnętrznione, uruchamiało na przestrzeni wieków lawinę głębokich przeżyć, które odmieniały życie milionów ludzi. Każdy wierzący, odmieniony w spotkaniu z Chrystusem, na swój własny sposób starał się jakoś zaświadczyć o tym, że oto w jego życiu wydarzyło się coś niezmiernie ważnego i rozstrzygającego.

Ludzie wierzący, z zarazem utalentowani, tworzyli wspaniałe dzieła muzyczne, inni malowali arcydzieła, obrazujące życie Jezusa. Jeszcze inni pisali traktaty teologiczne, w których próbowali dociec odpowiedzi na pytanie: Cur Deus homo? – Dlaczego Bóg stał się człowiekiem? O skali poruszenia i odmianie ludzkich serc wciąż świadczą wspaniałe katedry, tysiące kościołów, niezliczone krzyże i przydrożne kapliczki. Do tego trzeba by dodać wszystkie słowa kazań poświęconych Bożemu Narodzeniu, a przede wszystkim niezliczone godziny poświęcone liturgii i modlitwie, która z nabożną czcią zagłębia się w szczytowe Wydarzenie ludzkich dziejów.

Umysły najbardziej przenikliwe i płonące charyzmatyczną wiarą, poddając się gorącemu przynagleniu, wołały i krzyczały, jak św. Augustyn: „Przebudź się, człowiecze: dla ciebie Bóg stał się człowiekiem! «Zbudź się, o śpiący, i powstań z martwych, a zajaśnieje ci Chrystus». Dla ciebie, powtarzam, Bóg stał się człowiekiem". W tym samym V wieku św. Leon Wielki, papież, w kazaniu bożonarodzeniowym, wzywał do wielkiej radości: „Dzisiaj narodził nam się Zbawiciel, radujmy się, umiłowani! Nie miejsce na smutek, kiedy rodzi się życie; pierzchnął lęk przed zagładą śmierci, nastaje radość z obietnicy niekończącego się życia. Nikogo ona nie omija, wszyscy mają ten sam powód do tego wesela, bo nasz Pan niweczy grzech i śmierć, a chociaż nikogo nie znajduje wolnego od winy, to przecież wszystkich przychodzi wyzwolić".

Pragnienie miłości otwiera na Wcielenie

A co nas – choć poddawanych rosnącej presji Antychrysta, uwodzącego i odwodzącego od Chrystusa – niezmiennie pobudza do otwarcia serc na Wcielonego Syna Bożego? Odpowiem krótko i wprost: potężnie (acz dyskretnie, bez zniewalania) otwiera nas na Jezusa Chrystusa wielka potrzeba Miłości! A także wielka potrzeba bycia wyprowadzonym poza znany nam świat – ku „czemuś" Lepszemu (tego wątku nie rozwijam).

Każdy człowiek nosi w swym wnętrzu żywe pragnienie, by być kochanym; i to miłością wielką, trwałą, wieczną, nieskończoną. Po prostu Boską! Bóg Stwórca tak nas ukształtował, iż rozpoznajemy siebie, zwłaszcza w chwilach uciszenia i uważnego wglądu w siebie, jako niezmiennie skierowanych ku Miłości – i to idealnej, doskonałej, pełnej... Mimo wszystkich rozczarowań i niemożności spełnienia pragnienia takiej Miłości, ono w nas żyje, jest, czeka. O każdym człowieku – no może poza przypadkiem jakiejś wyjątkowej degeneracji – możemy powiedzieć, że tęskni za miłością. Że pragnie, by miłość była głównym „żywiołem", siłą napędową życia, działań. Każdy chce być chciany, ceniony. Każdy chce jawić się jako ktoś drogocenny i zasługujący na akceptację, afirmację, wsparcie.

Nie ma też nikogo, kto nie chciałby móc miłować miłością wielką. Najlepiej idealną, Boską.

Tymczasem z doświadczenia i z obserwacji wiemy, jak naprawdę ma się sprawa z ludzką miłością, np. w małżeństwach i w rodzinach, w małych wspólnotach i w większych społecznościach. I co dzieje się między narodami czy „blokami" oraz grupami sprzecznych interesów. Wszędzie widać ogromne niedostatki w miłości... Tak naprawdę, wszyscy odkrywamy w sobie jakiś radykalny brak w zakresie miłości. Świadczą o tym również nasze ciche łzy, co dzień doświadczane mniejsze i większe przykrości. Również różne stany przygnębienia, nasze smutne twarze – na ulicach, w autobusach, w domach; a także depresje i lęki świadczą o zasadniczym niedoborze: Miłości (przyjmowanej i dawanej)!

A co na to Bóg, który jest Miłością?

Uzdrawianie Miłością

Bóg, który jest Miłością, w uroczysty sposób zapewnia nas, że jesteśmy drodzy i cenni w Jego oczach. Boskie Osoby zapraszają nas do udziału w Boskim Życiu Miłości! Największy „dowód" na to, że Wola Boga wobec nas jest właśnie taka (miłosna i zapraszająca do komunii), widoczny jest we Wcieleniu Słowa Przedwiecznego, w Bożym Narodzeniu, w całym Życiu Jezusa, w Jego świętej Nauce, Śmierci i Zmartwychwstaniu, w obiecanym Jego Powtórnym Przyjściu!

Choć dowody Miłości Boga do nas są jawne i jednoznaczne, to jednak my z trudem nabieramy głębokiego przekonania, że Bóg kocha nas naprawdę. Wygląda to tak, jakby i sam Bóg, choć jest nieskończoną Miłością, miał „kłopot" i wielką trudność z nami. Jak to zatem jest, że choć w nas „wszystko" woła o Miłość (i to doskonałą, Boską),to jednak my mamy wielką trudność z mocnym uwierzeniem Miłości i oparciem się o nią. – Odpowiedź jest „prosta" i tajemnicza zarazem. My wszyscy, z wyjątkiem Maryi Niepokalanie Poczętej, jesteśmy dotknięci i obciążeni poważnymi skutkami grzechu pierworodnego. Praktycznie, znaczy to, że każdy człowiek poważnie choruje na niedowierzanie swemu Stwórcy.

Człowiek rodzący się na tej ziemi nie „czuje" spontanicznie (w jakiejś pierwszej refleksji nad sobą) tego, o czym mówi Bóg przez Izajasza: „Oto wyryłem cię na obu dłoniach" (Iz 49, 16). Nasza biedna dola grzeszników, tak łatwo rozmijających się z Miłością, jest tak wielka, że Bóg czuje się „zmuszany", żeby na różne sposoby i po wielekroć zapewniać nas: „Czyż może niewiasta zapomnieć o swym niemowlęciu, ta, która kocha syna swego łona? A nawet, gdyby ona zapomniała, Ja nie zapomnę o tobie" (Iz 49, 15). Niestety, choć każda ludzka osoba cała utkana jest z Miłości Boga, to jednak nie ma żywego doświadczenia tego, Kto ją tka i z czego ją tka, a nawet, że ją tka!

W świecie ludzi chorych na niedowierzanie Miłości Boga w sposób nieuchronny dzieją się „rzeczy" fatalne i gorzkie. Jedną z nich jest gorzki los dzieci rozczarowywanych w swym idealnym oczekiwaniu na idealną miłość. Wprawdzie skala rozczarowań jest różna i intensywność rozczarowania przekazywanego z pokolenia na pokolenie też jest różna, jednak ułomność miłości jest czymś powszechnym. Nic zatem dziwnego, że wszyscy – a zwłaszcza dzieci długo i intensywnie rozczarowywane (przez rodziców i inne osoby) brakiem należnej im miłości – mamy dużą trudność, by uwierzyć, że to właśnie Boska Miłość, cudna i cudowna, jest w tym świecie podstawową „Daną" i Darem, któremu można zawierzyć.

Na szczęście Bóg Ojciec nikogo nie zostawia zamkniętego w świecie negatywnych uczuć! Jest On daleki od chłodnej zgody na naszą beznadziejność. Będąc Miłością, nie przystaje na naszą marną egzystencję – w smutku, zwątpieniu i oporze pełnym goryczy. Dlatego na każdej stronie Biblii i w każdym czynie zbawczym, Bóg przekonuje nas, że być człowiekiem to wielka sprawa. Zapewnia nas, że Jemu na nas bardzo zależy!

Bogu tak bardzo na nas zależy, że aż „zrównuje się" z nami, gdy w Tajemnicy Wcielenia staje się jednym z nas. Nie tylko zniża się do naszego poziomu (jednocząc swą Boską naturę z ludzką), ale idzie jeszcze dalej. Schodzi na dno naszej nędzy, gdy obarcza się naszymi grzechami, by je „unieszkodliwić". Jego pasję w solidarnym dzieleniu z nami trudnego losu (miłowanych grzeszników) widać i w tym, gdy pokornie uniża się, obierając za miejsce narodzin stajnię dla zwierząt, a potem klękając u stóp uczniów w Wieczerniku... A wszystko po to, żeby tym bardziej przekonująco powiedzieć nam, że w Nim sam Bóg naprawdę schodzi do naszego poziomu (człowieka grzesznego, zagubionego, zrozpaczonego) by zabrać nas ze Sobą i wynieść na Boski poziom życia.

Trzeba więc na koniec powiedzieć, że we Wcieleniu Syna Bożego i w Bożym Narodzeniem – sam Bóg Ojciec składa nam uroczyste wyznanie Miłości i mówi do nas: Kocham cię, świecie! Kocham cię, człowiecze! I perswaduje: Skoro daję wam Mojego Syna, to czy możecie wciąż skarżyć się, że jesteście sami, samotni i zagubieni? I że wasz los jest nazbyt trudny i niepewny? I że nie wiecie, skąd wyszliście i dokąd podążacie?

I jeszcze tak – za o. Karlem Rahnerem SJ – można wyrazić najgłębszy sens Świąt, które nie bez wielkiego powodu tak nas przyciągają i dogłębnie wzruszają. I znaczą tak wiele. „Kiedy mówimy: jest Boże Narodzenie, to mówimy zarazem: w Słowie Wcielonym Bóg wyrzekł w świat swoje Słowo – ostatnie, najgłębsze i najpiękniejsze. Słowo, którego już nie można cofnąć, bo jest ono ostatecznym czynem Boga, bo jest ono samym Bogiem w świecie. A słowo to brzmi: Kocham ciebie, świecie, i ciebie, człowiecze".

Jeśli Teolog potrafi tak wiele dojrzeć w Bożym Narodzeniu, to o ileż więcej możemy spodziewać się po Świętych, Mistykach. Warto sięgać do dzienników duchowych, np. św. Faustyny. Po co? By niejako zapożyczyć oczu od tych, którzy widzieli więcej. I by samemu widzieć więcej. I by tym szczerzej, radośnie i pokornie, pochylić się na tajemnicą naszego zbawienia, które zaczyna się we Wcieleniu i Bożym Narodzeniu.

W sam „środek" Tajemnicy Bożego Narodzenia mogą nas wprowadzić np. te słowa z Dzienniczka: „Córko Moja, miłość mię sprowadziła i miłość mię zatrzymuje. Córko Moja, o gdybyś wiedziała, jak wielką zasługę i nagrodę ma jeden akt czystej miłości ku Mnie, umarłabyś z radości. Mówię to dlatego, abyś się ustawicznie łączyła ze Mną przez miłość, bo to jest cel życia duszy twojej; akt ten polega na akcie woli; wiedz o tym, że dusza czysta jest pokorna; kiedy się uniżasz i wyniszczasz przed Majestatem Moim, wtenczas ścigam cię łaskami swoimi, używam wszech mocy, aby cię wywyższyć" (Dz 576).

I jeszcze te: „Miłość przyzywa miłość... odpowiedz Mi zatem: Pragnę ciebie. Cóż cię onieśmiela? Twoje powtarzające się zaniedbania? Twoje niedociągnięcia? Brak zrównoważenia? Twoja myśl roztargniona? Złe wspomnienia? Biorę to wszystko na siebie. Zbieram nędzę, a czynię z niej wspaniałości. Daj Mi wszystko. Czy ośmielisz się powiedzieć, że cokolwiek w twoim życiu mogłoby nie należeć do Mnie – skoro stanowimy jedno?" 1

Któryś już raz świętujemy Boże Narodzenie. Ściśle określoną ilość razy da nam Pan jeszcze poświętować ... A najgłębszy sens czasu danego nam – w tym roku, w przyszłym roku... – jest jaki? Ten: „Czas jest czekaniem Boga na moją miłość".

o. Krzysztof Osuch SJ

Częstochowa, 17 grudnia 2011r.

Źródło: www.mateusz.pl/mt/ko

 
Ach, ta tradycja
17 grudnia 2011

Ach, ta tradycja

Kiedy słucha się ewangelii i próbuje odczytać słowa Jezusa, to najbardziej zastanawiająca jest ich aktualność. Konkluzje przypowieści, ich wyjaśnienia, czy zdania z mowy pożegnalnej są nie tylko przejmujące, lecz także napawają obawą. Z jednej strony słowa typu: Będą was prześladować, wydadzą do sądów, z drugiej zaś Jeżeli ziarno wpadłszy w ziemię nie obumrze, nie wyda plonu. Te fragmenty przypominają mi się zawsze wtedy, gdy obserwuję (a czasem uczestniczę) w farsie: dotychczasowe pole działania Kościoła zostaje nagle zdominowane przez laickość, a takie rzeczy jak święta, symbole, wyrażenia są tak zmieniane, że ostatecznie niewiele z nich wynika.

Wystarczy przytoczyć dwa przykłady: kartki na Boże Narodzenie (a właściwe na każde inne także), które nie mają nic wspólnego z tajemnicą narodzenia Bożego Syna. Gwiazdki, bałwanki, śnieżki, sielankowe pejzaże zimowe – co to ma wspólnego z kościelną uroczystością? Chyba tylko tyle, że nawiązuje jakoś do zimy. Podobnie i życzenia, które sobie składamy. Jakże często można usłyszeć sformułowanie, również w trakcie dzielenia się opłatkiem: pięknych, bajecznych lub kolorowych świąt. W sumie śliczne życzenia, lecz mało, za mało religijne.

Przykładów można przytaczać wiele. Tuż przed uroczystością Wszystkich Świętych przypomniała mi się niedawna wizyta w fabryce bombek niedaleko Ząbkowic Śląskich. Właścicielka, pani Anna Masełko, z wielką pasją i przeogromną wiedzą wprowadza w świat i atmosferę Bożego Narodzenia. Wchodząc do fabryki poznajmy historię i symbolikę ozdób, które powieszamy na domowych choinkach. Kto zdaje sobie sprawę z tego, że łańcuchy na drzewkach w okresie Bożego Narodzenia pojawiły się na nich dopiero w okresie zaborów jako symbol niewoli? Takich ciekawostek można usłyszeć wiele. Najbardziej jednak fascynujące są kolekcje bombek, które robiono na specjalne zamówienia.

Straszna kolekcja to kolekcja ozdób wykonana na zamówienie do Stanów Zjednoczonych na Halloween. Pewien Amerykanin zamówił 200 ozdób w kształcie trupiej czaszki. Po kilku tygodniach przesłał ponowne zamówienie na ponad tysiąc takich bombek. Dodatkowo fabryka miała wykonać także okrągłe bombki w motywami upiorów, duchów, pajęczyn i mrocznych zamków z dominacją kolorów pomarańczowego i czarnego. Na to samo zamówienie wykonano bombki w kształcie dyni.

Inny charakter miała kolekcja zamówiona przez Discovery Channel. W związku z jubileuszem Alaski (dzień 3 stycznia to rocznica przystąpienia do Unii i stania się 49 stanem) wykonano zamówienie na bombki ze zwierzętami tego stanu. Każda jest małym arcydziełem – bombki maluje się tylko ręcznie, ale również nie mają nic wspólnego ze świętami.

W zbiorach są także bombki, którymi obdarowywali się mieszkańcy Toledo w USA. Symbolem szczęścia są tam żaby, więc przedstawicielki tego gatunku także prezentowane są w kolekcji.

Najbardziej oryginalnym zamówieniem były dwie bombki przeznaczone na aukcje dla ówczesnej Pierwszej Damy, Hilary Clinton. Wielkie bombki malowane były w amerykańskie krajobraz i miały być wystawione na aukcji dobroczynnej. Z uzyskanych przez ambasadę informacji okazało się, że obie sprzedano za kwoty kilkunastu tysięcy dolarów. W historii fabryki były to najdroższe bombki.

Przechodząc wśród różnego rodzaju bombek o kształtach butelek, zabawek, jajek zastawiałem się ile z nich wnosi w życie ich posiadaczy chrześcijańskie odniesienia lub wartości. Czy czasem nie są tylko pustą dekoracją wykorzystywaną ot tak, dla upiększenia skrawka domu. Jestem przekonany, że to od każdego chrześcijanina zależy ile światu uda się wydrzeć z tradycji Kościoła symboli czy wartości. Trzeba dziś dbać o własną tożsamość i odważnie wyznawać tajemnice, do których mamy dostęp i uczestnictwo na mocy chrztu świętego.

Ks. Tomasz Nawracała

PS. Fabryka i muzeum bombek znajdują się w miejscowości Przerzeczyn-Zdrój.

© 1996–2011 www.mateusz.pl

 
Duch Święty działa
16 października 2011

Obecności Ducha Świętego doświadczamy w Jego działaniu. Syn Boga objawił się w ciele ukształtowanym w łonie Matki i dlatego znamy Jego twarz. Kto czyta Ewangelię, może poznawać jej rysy. Skoro Bóg wskazał Go jako swego jedynego Syna, tym samym objawił nam swoją ojcowską twarz. Jest to najdoskonalsze objawienie Boga, dostępne jedynie tym, którzy wierzą w boskość Chrystusa. Ojcowska twarz Boga jest nam bliska, ponieważ została zakodowana w naszym sercu, gdy nas stwarzał na obraz i podobieństwo swoje. Nawet sierota nosi obraz kochającego ojca w swojej podświadomości.

Duch Święty jest trzecią Osobą Boską, ale na tym etapie objawienia, na jakim jesteśmy, Jego twarz nie została jeszcze odsłonięta. Może to mieć miejsce w wieczności. Ponieważ nie znamy twarzy Ducha Świętego, swą obecność sygnalizuje On w formie znaków. Są nimi płomienie zstępujące na zebranych w wieczerniku w dniu zesłania Ducha Świętego. One oczyszczają i oświecają umysły oraz serca, wypełniają je odwagą i uzdalniają do składania świadectwa o Jezusie, Zbawicielu świata. Kolejnym znakiem jest łoskot wiatru, który zgromadził ludzi dobrej woli wokół wieczernika. Jest nim również postać gołębicy zstępującej na Jezusa w czasie Jego Chrztu w Jordanie. To także woda, o której Jezus mówi jako o źródle życia wiecznego. Znakiem działania i obecności Ducha Świętego jest konsekrowany olej oraz wkładanie rąk biskupa przy udzielaniu sakramentów bierzmowania i kapłaństwa. Język tych znaków trzeba znać, bo to nim Duch Święty nieustannie przemawia w Kościele i dokonuje swoich dzieł.

Dary Ducha Świętego

Nas interesuje działanie Ducha Świętego w naszym życiu i umiejętność rozpoznawania Jego twórczej obecności. Najpełniej jest to wyrażone w zestawieniu siedmiu darów Ducha Świętego. Nie należy ich traktować jako prezentów, które można zamknąć w sejfie. Niestety tak podchodzi do nich wielu bierzmowanych. Oni potrzebują jedynie zaświadczenia, że je otrzymali. Jest to jednak poważne nieporozumienie. Kapłan przez włożenie rąk udziela Ducha Świętego, co dla bierzmowanego stanowi wezwanie do składania świadectwa. Duch Święty jest obecny w swych darach i uczestniczy w naszym życiu. Dary te pozwalają odkryć, na czym polega Jego działanie.

Dar mądrości to praktyczne zastosowanie zasad Bożego Prawa w codziennym życiu. Decyzje człowieka są wówczas podejmowane razem z Duchem Świętym, dlatego zawsze są mądre.
Dar rozumu uzdalnia człowieka do wchodzenia w głąb tajemnic objawienia, czyli pozwala poruszać się w Bożym świecie. Duch Święty pomaga w jego rozumieniu.
Dar rady to działanie Ducha Świętego w chwilach podejmowania przez człowieka trudnych decyzji, gdy dotyczą one zarówno jego, jak i innych ludzi.
Dar męstwa to działanie Ducha Świętego w naszym sercu wtedy, gdy trzeba pokonać trudności, ale też wówczas, gdy trzeba zmierzyć się z przeciwnikiem mocniejszym od nas.
Dar umiejętności to idealna współpraca z Duchem Świętym w pełnieniu woli Ojca Niebieskiego. W jej wyniku wszystko zamienia się w akt miłości Boga i człowieka.
Dar pobożności to modlitwa z Duchem Świętym, który stoi po naszej stronie i zwraca się do Ojca, zwłaszcza wówczas, gdy chcemy, ale nie umiemy się modlić.
Dar bojaźni Bożej to nieustanna troska Ducha Świętego, abyśmy uwolnieni z wszystkich lęków zabiegali o to, by nie utracić zaufania, jakim darzy nas Bóg. Tak rozumiana bojaźń jest jednym z elementów prawdziwej miłości.

Ten zestaw darów umożliwia składanie świadectwa naszej wiary w Chrystusa, Syna Bożego. Obserwujemy to w życiu wszystkich świętych. Życie Dobrą Nowiną bez tak bliskiej współpracy z Duchem Świętym jest niemożliwe.

Odczytanie woli Ojca Niebieskiego

Celem działania Ducha Świętego jest wspomaganie nas w odczytaniu i wypełnieniu woli Ojca. Doświadczamy tego zarówno w natchnieniach, które harmonizują z sumieniem prawym, pewnym i wrażliwym, jak i w wydarzeniach, przez które Ojciec odsłania nam swoją wolę.

Często akcentuje się natchnienia, ale nie wszyscy zdają sobie sprawę z tego, że natchnienie łatwo może być manipulowane przez złego ducha, bo i on się nim posługuje. Jedynie stuprocentowa pewność moralna co do natchnienia jest znakiem obecności w nim Ducha Świętego. Powtarzam, że ma to miejsce przy odpowiednio wrażliwym sumieniu. Dziś wielu nie odróżnia sumienia od przekonania, a wówczas zły duch wykorzystuje natchnienia do prowadzenia człowieka ścieżkami swojej woli.

Wydarzenia, jakimi posługuje się Ojciec, dają większą pewność w odczytywaniu Jego woli. Otwierają one kolejne odcinki naszej drogi życia. Mogą to być wydarzenia wielkie, tej miary co nieuleczalna choroba, kalectwo, śmierć bliskich, zwolnienie z pracy, ale są to też wydarzenia dnia codziennego. Kto umie je odczytywać jako znaki woli Ojca, ten rozumie znaczenie małych wydarzeń i jest wypełniony wielkim pokojem. Duch Święty nieustannie zabiega o to, abyśmy umieli rozpoznać i wykonać wolę Ojca, bo to jest warunek naszego szczęścia na ziemi i w wieczności.

Ktokolwiek odkryje wartość odczytania, wykonania i umiłowania woli Ojca, ten automatycznie wchodzi we współpracę z Duchem Świętym, któremu na tym najbardziej zależy. Można powiedzieć, że dla człowieka szukającego sensu życia jest to krok podstawowy. Objawił nam to swym życiem sam Jezus. Jego pokarmem było pełnienie woli Ojca!

Bóg stworzył nas, bo potrzebuje nas na ziemi i będzie nas potrzebował przez całą wieczność. Skoro jesteśmy Mu potrzebni, musimy wiedzieć, do czego. On objawia zadania, które zleca nam z wielkim zaufaniem. Są to zadania obejmujące całość naszego życia, zawarte w naszym powołaniu. A każdy człowiek ma swe powołanie. I są to zadania przewidziane na każdy moment. Wola Ojca jest wpisana w każdą minutę naszego życia. Ojciec z miłości do nas określa to, co mamy czynić przez dwadzieścia cztery godziny na dobę. Jest tu miejsce na odpoczynek, jest chwila na posiłek i na kontakt z Nim w formie osobistej rozmowy. Kto to odkryje i pełni tak odczytaną wolę Ojca, zostaje wypełniony pokojem i doświadcza, jak rośnie jego miłość do Boga i ludzi. Wola Ojca zawsze wytycza nam taką drogę, bo na niej rośnie nasze serce.

Duch Święty jest zatroskany o nasze pełne szczęście na ziemi i w niebie. Dlatego Jego twórcza obecność jest konieczna do szczęścia. Kto chce przeżyć życie na własną rękę, nigdy prawdziwego, czyli nieutracalnego szczęścia nie znajdzie. Droga pełnienia własnej woli prowadzi do całkowitego zniewolenia, na niej bowiem towarzyszem człowieka jest zły duch. Najlepszym przykładem są uzależnieni - oni pełnią swoją wolę, a nie wolę Ojca Niebieskiego. Toteż z nimi współpracuje duch zły, a nie Duch Święty.

Owoce Ducha Świętego


Działanie Ducha Świętego poznajemy po owocach. Wymienia je św. Paweł w liście do Galatów: "Owocem zaś Ducha jest: miłość, radość, pokój, cierpliwość, uprzejmość, dobroć, wierność, łagodność, opanowanie" (Ga 5, 22-23). To po tych owocach poznajemy obecność i działanie Ducha Świętego w naszym sercu. Są to cechy człowieka współpracującego z Duchem Świętym.

Miłość, czyli pragnienie uszczęśliwiania innych. Jest ona wlana w nasze serce przez Boga, który jest Miłością i czyni nasze serce źródłem miłości dla innych.

Radość to szczęście płynące z życia w harmonii z Bogiem.

Pokój to pewność, że tu i teraz jestem do dyspozycji Boga. Nie ma w nim nic z niepokoju ani o to, co było, ani o to, co będzie. On jest tajemnicą "teraz", czyli komunikacji z Bogiem.

Cierpliwość, tak wobec siebie, jak i wobec innych. Dorastanie do miłości, szczęścia i pokoju to proces dłuższy, dlatego cierpliwość jest jednym z podstawowych jego mechanizmów. Kto jest do dyspozycji Boga i pełni Jego wolę, nie ma powodu, żeby się niecierpliwić. Bóg jest Panem każdej sytuacji w naszym życiu osobistym, społecznym, ekonomicznym i politycznym.

Uprzejmość to znak wielkiej kultury ducha. Każde aroganckie postępowanie jest czytelnym znakiem obecności złego ducha w człowieku, pokazuje nam, z kim mamy do czynienia.

Dobroć jest nastawiona na pomaganie innym, o ile takiej pomocy potrzebują, a równocześnie zabiega o tworzenie atmosfery dobroci w swym środowisku. Gdzie brak dobroci, tam jest obecny zły duch.

Wierność ceni zaufanie, jakim Bóg nas darzy. Kto chce na nim budować swe życie, zabiega o doskonalenie wierności. Komunikacja z ludźmi również jest oparta na zaufaniu, jakim możemy ich darzyć. Jeśli go brakuje, trzeba być ostrożnym, bo tym, kto nie zna wartości zaufania, manipuluje duch zły.

Łagodność jest ściśle związana z cierpliwością i stanowi ważny most w relacjach z innymi ludźmi. Jest ona językiem miłości. Wymaga jednak zdecydowanej postawy wobec obłudników. Jezus pokazał nam, na czym polega łagodność, która potrafi wziąć do ręki nawet bicz.

Opanowanie to piękny owoc Ducha Świętego, który zna wartość harmonii i pełnej odpowiedzialności za słowa, czyny, postawę. Opanowany jest przyjacielem Boga, bo nie da się go wyprowadzić z równowagi nawet w obliczu mocnych ciosów. On jest razem z Bogiem panem każdej sytuacji.

Komunikacja z Duchem Świętym to warunek życia Dobrą Nowiną.

ks. Edward Staniek

    /za: Katolik.pl/

 
Cuda o. Pio...
18 września 2011

Jest bardzo trudno zdefiniować słowo „cud". Cudami można nazwać wydarzenia nadprzyrodzone, wydarzenia nie z tej ziemi. Cudami także nazywamy fenomen kiedy serce idzie za wewnętrzną siłą: wolą Boga!

Życie Ojca Pio było pełne cudów, ale tylko cudów niebiańskich. Dlatego Ojciec Pio zachęcał ludzi aby dziękowali Bogu który jest jedynym źródłem cudów.

Pierwszy zanotowany cud Ojca Pio wydarzył się w roku 1908. Mieszkał w tym czasie w klasztorze Montefusco. Jednego dnia Ojciec Pio zebrał w pobliskim lesie kasztany do torby i wysłał w prezencie do Pietrelcina do jego cioci Darii. Kobieta otrzymała kasztany, zjadła je, a torbę zatrzymała na pamiątkę. Kilka dni później szukała czegoś w szufladzie gdzie jej mąż zwykle trzymał proch do pistoletu. Był wieczór więc oświetlała sobie pokój świeczką. Nagle szuflada zapaliła się od świeczki, a od niej ciocia Daria. Szybko złapała torbę którą przesłał jej Ojciec Pio i przyłożyła do twarzy. Momentalnie, ból zniknął, a żadnych ran, blizn i poparzeń nie pozostało na jej twarzy.

Podczas drugiej wojny światowej, we Włoszech, racjonowano chleb. W Ojca Pio klasztorze bywało dużo gości oraz biednych którzy żebrali o jedzenie. Jednego dnia zakonnicy poszli do refektarza i zauważyli że w koszyku był tylko 1 kilogram chleba. Bracia pomodlili się i siedli żeby się posilić. Ojciec Pio wszedł do kościoła, a wychodząc po chwili, niósł kilka bochenków chleba w rękach. Przełożony zapytał Ojca Pio: „Skąd wziąłeś te bochenki?" Ojciec Pio odpowiedział: „Pielgrzym przy drzwiach mi je dał." Wszyscy milczeli, ale każdy wiedział że tylko Ojciec Pio mógł spotkać takiego pielgrzyma.

Raz w klasztorze Ojca Pio, zakonnik zapomniał konsekrować wystarczająco Hostii na Komunię Świętą. Z tego też powodu była ich mała ilość do rozdania. Ale gdy po spowiedzi Ojciec Pio udzielał Komunii, dużo więcej Hostii pozostało niż było konsekrowanych.

Duchowna córka Ojca Pio czytała jego list przy drodze. Wiatr powiał i wyrwał jej list z rąk. List leciał i leciał w dół drogi, przez łąkę aż wreszcie opadł na kamieniu. W ten sposób kobieta odzyskała list. Dzień później, spotkała Ojca Pio który jej rzekł, „Musisz uważać na wiatr następnym razem. Gdybym nie przytrzymał listu moją nogą, odleciałby daleko w dolinę."

Pani Cleonice, córka kościoła Ojca Pio, opowiadała: „Podczas drugiej wojny światowej mój siostrzeniec trafił do niewoli. Nie mieliśmy żadnych wieści o nim przez ro i zaczęliśmy obawiać się, że nie żyje. Jednego dnia matka tego chłopca wybrała się do Ojca Pio, uklękła przed jego konfesjonałem i zrozpaczona rzekła doń: „Ojcze, powiedz mi, czy mój syn żyje. Nie odejdę stąd, dopóki nie otrzymam od Ciebie odpowiedzi." Ojciec Pio współczuł jej serdecznie i ze łzami w oczach powiedział: „Wstań i idź w pokoju, niewiasto." W kilka dni później, nie mogąc znieść już cierpienia jego rodziców, zdecydowałam sama poprosić Ojca Pio o cud. „Ojcze, napiszę list do mojego siostrzeńca Giovannino. Na kopercie napiszę tylko jego imię i nazwisko, bowiem nie wiemy gdzie obecnie się znajduje. A Ty i Twój Anioł Stróż znajdą go i sprawią, że ten list zostanie mu doręczony." Ojciec Pio nic nie odpowiedział więc ja szybko wzięłam się za pisanie listu. Wieczorem, przed pójsciem spać położyłam go na stoliku, koło łóżka. Następnego ranka, ku mojemu wielkiemu zdumieniu i przerażeniu list zniknął. Udałam się więc do Ojca Pio aby złożyć mu dzięki lecz on powiedział: „Złóż dzięki Naszej Pani." Po niecałych dwóch tygodniach otrzymaliśmy odpowiedź od mojego siostrzeńca. Szczęście spłynęło na całą naszą rodzinę i z głębi serca dziękowaliśmy Bogu i Ojcu Pio.

/za: www.padrepio.catholicwebservices.com/

 
Niewidzialni wrogowie
16 lipca 2011

Ludzie nie wierzą w istnienie piekła, bo jest to dla nich łatwiejsze. Ale też ukrywanie swojego działania wobec ludzi leży w interesie złego ducha i jest jednym ze skuteczniejszych jego działań.

Z księdzem Marianem Rajchelem, egzorcystą diecezji przemyskiej i psychologiem, rozmawia Robert Krawiec OFMCap.

Tabu w Kościele

Podobno wielu księży nie wierzy w istnienie złego ducha i w opętanie?

Przytoczę słowa złego ducha usłyszane podczas przeprowadzania egzorcyzmu: "Bo wielu księży myśli, że ja jestem tylko w piekle". Nie, zły duch jest tam, gdzie ludzie go wpuszczą.

W wielu diecezjach, seminariach w Polsce i na świecie nie mówi się o piekle, złym duchu i opętaniach. Dlaczego?

Również zadaję sobie to pytanie. Był to temat tabu. W Kościele egzorcyzmy stały się jakby sprawą wstydliwą, II Sobór Watykański ją ominął. Uważam, że doświadczenia egzorcystów powinno się zebrać i włączyć do nauki teologii i ascezy, czyli wierności na co dzień Panu Bogu. Powinniśmy się uczyć, jak rozpoznać wroga, przewidzieć, kiedy i w jaki sposób zły duch zaatakuje. W ten sposób łatwiej będzie nam się przed nim bronić.

W większości ludzie także nie wierzą w istnienie piekła i działanie diabła…

W 1972 roku papież Paweł VI powiedział, że zły duch rządzi światem, że wtargnął w historię za pozwoleniem ludzi. Po tej wypowiedzi świat był oburzony, a media opluwały papieża, grzmiąc: Jak w XX wieku można mówić o szatanie! Ale w tym samym czasie w wielu państwach rejestrowano kościoły satanistów, kościół Lucyfera. Tak wygląda nasza cywilizacja: oficjalnie mówi się co innego, a w praktyce jest co innego.

Ludzie nie wierzą w istnienie piekła, bo jest to dla nich łatwiejsze, a ukrywanie swojego działania wobec ludzi leży w interesie złego ducha, stanowiąc zarazem jedną ze skuteczniejszych jego akcji.

Czy musimy wierzyć w istnienie diabła, aby się zbawić i być w Kościele? Nigdy przecież nie stwierdzono dogmatu o istnieniu złych duchów. Dlaczego?

Bo nigdy w Kościele nie było z tą prawdą problemów. Kościół nigdy nie wątpił w istnienie i szkodliwe działanie złego ducha. Biblia wyraźnie stwierdza, kto skusił pierwszych rodziców do grzechu, kto kusił Pana Jezusa. Tu nie ma wątpliwości! Pytanie dotyczy konieczności uwierzenia. Mamy obowiązek wierzyć w prawdy wiary, choć nie wszystkie zostały zdogmatyzowane. Trzeba wierzyć zarówno w istnienie aniołów, jak i złych duchów. Bez tej wiary nie da się być w Kościele.

Egzorcyści

Słysząc o szatanie, ludzie boją się i myślą: "Jeśli zostawię złego ducha w spokoju, to i on zostawi mnie, a jeśli będę z nim walczył, to on mnie zaatakuje". Czy boi się ksiądz diabła?

Oczywiście, że się go boję! I nie chcę mieć z nim nic wspólnego. Chciałbym go mocą Bożą wyrzucać z ludzi jak najczęściej. Nie ma co ryzykować. Czy jest taki człowiek, który się go nie boi?! To wielki błąd, jeśli ktokolwiek udaje, że jest mocniejszy od złego ducha.

Czy zły duch uprzykrza życie i utrudnia posługę również egzorcyście?

Świeży przykład może być? Wczoraj o godzinie 23.54, po modlitwie nad opętaną dziewczyną, dostałem bardzo "miły" SMS (zachowałem wiadomość w poczcie, jakby ktoś nie wierzył): "Pożałujesz tego, marny klecho, dotknij mnie jeszcze raz tymi wyświęconymi łapami i swoimi zabawkami, a cię zabiję! Dość już tego, dość, dość, dość... Dość mówię!". Aż się z tego ucieszyłem. Dlaczego? Bo niekiedy się wydaje, że nasze modlitwy nic nie znaczą, a gdy zły duch się wścieka, to znaczy, że mocno ucierpiał i jest porządnie trafiony. 
Inny SMS był taki: "Zdechniesz za to, co zrobiłeś, nie boję się Pani Niebieskiej ani ciebie z tymi zabawkami". Znowu kłamstwo w wydaniu złego ducha: "nie boję się", a równocześnie "zdechniesz za to, co zrobiłeś". Można wyczuć, z kim ma się do czynienia!

Módlcie się za egzorcystów, gdyż nie wolno nam popełnić żadnego błędu, bo wtedy rzeczywiście zły duch może się zemścić.

Arcybiskup Emmanuel Milingo był egzorcystą w Afryce i we Włoszech. Jednak wystąpił z Kościoła.

A dlaczego Judasz odszedł od Pana Jezusa?...

bo człowiek jest wolny…

…tylko u Pana Boga jest wolny! U złego ducha jest zniewolony! Bóg nigdy nie zmusza człowieka, tylko składa propozycje: "Jeśli chcesz, to pójdź za mną". Pan Bóg namawia, podaje argumenty, podsuwa projekty, ale nigdy nie zmusza. A działanie i opętanie złego ducha polega na przymusie, wzięciu człowieka we władanie, zniewoleniu go i degradacji.

Czy ze złym duchem można rozmawiać?

Spotkałem egzorcystów, którzy przyjmowali jak objawienie wszystko, co zły duch im powiedział. Uważam, że tego robić nie wolno, gdyż zły duch to ojciec kłamstwa. On, nawet przymuszony rozkazem wyznania jakiejś prawdy, dorzuci jeszcze jakiegoś śmiecia. Kiedyś zapytałem złego ducha: "Co zrobić, żebyś z tej osoby wyszedł?". "Odmówić "Ojcze nasz" po francusku" - usłyszałem odpowiedź. I dwie osoby z zespołu egzorcystów odmówiły modlitwę po francusku! Mówiłem im, że tego nie trzeba robić, lecz one się pomodliły, co oczywiście nic nie pomogło.

Niekiedy sam zły duch rozpoznaje nasze myśli. Pewnego razu zastanawiałem się, czy osoba jest opętana, dręczona, czy tylko udaje. I w myślach rozkazywałem złemu duchowi: "Jeśli jesteś w tej osobie, to w Imię Jezusa powiedz, jakie jest twoje imię". Po chwili ciszy zły duch objawił się w tej osobie. "Chcesz znać moje imię? Powiem ci" - przemówił.

Czasem trzeba rozkazywać złemu duchowi, by podał imię, to pomaga przy uwolnieniu. 

Czytałem, że w Polsce jest około sześćdziesięciu księży egzorcystów i każdego dnia mają co robić. Co znaczy dla księdza być egzorcystą?

Przyznam się, że dla mnie posługa egzorcysty jest teologią praktyczną, której w seminarium nie było. Dzięki niej wiele douczyłem się o Bogu, o człowieku i złym duchu. To nie jest tylko problem dręczeń. Ile satanizmu jest w naszym życiu społecznym, narodowym, a nawet kulturalnym. Ile kłamstw, obłudy, podpuszczania…

Bardziej rozumiem, że Chrystus przyszedł nas wybawić od potwornego zła. Zbawiciel aż taką wielką cenę za nas zapłacił. Gdyby był to drobiazg, Bóg wysłałby anioła. Jezus sam przyszedł jako człowiek, by pokazać nam sposób życia w prawdzie i świętości oraz unaocznić niebezpieczeństwa grożące człowiekowi. To dają mi egzorcyzmy.

Z drugiej strony posługa ta pokazuje mi, że ludzie często nie wiedzą, co w życiu czynią. Nie wiedzieli, bo skazali niewinnego Chrystusa i jeszcze z Niego szydzili. Nie wierzyli, że jest Bogiem i mieli silnego kusiciela. Ludzie opętani i dręczeni na początku dziwią się mojej życzliwości, bo uważają się za odsuniętych, potępionych, napiętnowanych, a tymczasem spotykają się z radością, miłością i słowami: "Dobrze, dziecko Boże, że wracasz". My, egzorcyści, cieszymy się każdym dobrem i martwimy każdym ustępstwem na rzecz zła. To pogłębia duszpasterską więź z przychodzącymi do nas ludźmi. Niedawno pewna pani powiedziała: "Ja tak bardzo bałam się przyjechać do księdza". Później pozbyła się tego strachu.

Zastanawiam się, dlaczego jeden egzorcyzm nie wystarczy, lecz trzeba go powtarzać.

Kiedyś dziewczyna zdiagnozowana jako opętana zachowywała się na egzorcyzmie spokojnie, cicho, tylko delikatnie drżąc. Za drugim razem było tak samo, czyli bez większych objawów opętania. Wówczas wziąłem ją na bok i zapytałem, co robi w trakcie egzorcyzmu - czy odnawia pakt z szatanem. Kiwnęła głową, że tak: aby nie było objawów, w tym czasie ona ponownie oddawała się złemu duchowi. Na co taki egzorcyzm? Na nic! Nigdy modlitwa nie działa wbrew woli człowieka.

U osób, które nie chcą być uwolnione, zło wraca. Jeśli zaś człowiek wytrwa na egzorcyzmie - niekiedy całe miesiące - to wyjdzie spod wpływu złego ducha.

Czy zdarza się, że egzorcyzm w jakimś przypadku nie skutkuje?

Niestety, może tak być. Mamy jako egzorcyści świadomość, że nie wszystko może się udać. Zdarza się, że na skutek działania złego ducha nie dochodzi do egzorcyzmu. W pewnym przypadku szatan tak bał się egzorcyzmu, że doprowadził do samobójstwa młodego chłopaka, zanim udało mu się ze mną spotkać. Jak opowiadali później jego koledzy, którzy wieźli go do mnie, chłopak nie wysiadł normalnie z samochodu, ale coś go wydarło przez okienko w drzwiach, i od razu pobiegł do Sanu odebrać sobie życie.

Czy można egzorcyzmować kogoś wbrew jego woli?

Nie. Egzorcyzm to nie czary, wymaga zaangażowania opętanego, konieczna jest jego chęć poprawy i powrotu do Boga. On sam musi walczyć o uwolnienie od złego ducha. Jeżeli tego nie robi, modlitwa egzorcysty nic nie pomoże. Opętanie to stopniowa degradacja, a egzorcyzm jest procesem powrotu do Boga.

Ile egzorcyzmów ksiądz przeprowadził?

Nie wiem, bo ich nie liczę. Trochę by się tego uzbierało. Kiedyś w jednym miesiącu miałem sto dwadzieścia spotkań (wiele zakończonych egzorcyzmowaniem).

Czy miał ksiądz jakiś widowiskowy egzorcyzm?

Wszystkie egzorcyzmy takie są... Kiedyś modliliśmy się nad chłopakiem, maturzystą. Objawy opętania wystąpiły w szkole. Młodzież natychmiast szukała księdza. Pytałem ich, jak poznali, że potrzebna jest pomoc egzorcysty, przecież mogli zadzwonić po psychologa czy psychiatrę? Chłopcy powiedzieli: "Bo ten szczupły chłopak miał taką siłę, żeśmy w czterech nie mogli mu dać rady", a dziewczyny stwierdziły: "Bo takim wzrokiem na nas patrzył, jakby chciał nas wszystkich w klasie pozabijać". Odbył się pierwszy egzorcyzm, podczas którego chłopak krzyczał: "Ja wam tego nie daruję!", a po chwili ciszy spokojne powiedział: "Macie szczęście, że On tu jest i Ona!" (zły duch bardzo niechętnie wypowiada imiona Jezusa i Maryi; jego słowa znaczyły, że wspiera nas Pan Jezus i Maryja). Czego więcej potrzeba! To był najkrótszy egzorcyzm w mojej karierze, dwa razy spotkaliśmy się na modlitwie i spokój. Czy to nie jest widowiskowe?

O metodach złego ducha i walce z nim w drugiej cześci wywiadu już 22 lipca!

/za: Katolik.pl/

 
<< pierwsza < poprzednia 1 2 3 4 5 6 7 8 następna > ostatnia >>

Strona 3 z 8

Szukaj

Licznik

Dziś67
Wczoraj668
W tym miesiącu9034
Wszystkich910351

Posłuchaj

Deus Meus - Śpiewajmy Barankowi Dim lights Embed Embed this video on your site

Ta strona używa plików Cookies.

Akceptuję ciasteczka (cookies) na tej stronie.

EU Cookie Directive Module Information