Czytelnia
Kult Najświętszego Serca Pana Jezusa
2 czerwca 2012

Czerwiec to miesiąc w sposób szczególny poświęcony czci Najświętszego Serca Pana Jezusa. Kult Serca Jezusowego wywodzi się z czasów średniowiecza; początkowo miał charakter prywatny, z czasem ogarnął szerokie rzesze społeczeństwa.

Mistyka średniowiecza łączyła kult Serca Jezusowego w bardzo żywym nabożeństwem do Najśw. Rany boku Jezusa. Do najpierwszych, którzy w Ranie boku, otwartej włócznią żołnierza, odnaleźli Serce Boże należy nieznany autor poetyckiego utworu Winny szczep mistyczny. Mówi w nim, że właśnie w tej Ranie odnalazł Serce Boże, że spocznie przy Nim, że się już z Nim nie rozstanie. Cały zakon św. Dominika Guzmana - dominikanie - bardzo wcześnie przyswoił sobie nabożeństwo do zranionego boku i Serca Pana Jezusa. W piątek po oktawie Bożego Ciała, a więc w dzień, który sobie Chrystus wybrał na święto Jego Serca, dominikanie odmawiali oficjum o Ranie boku Pana Jezusa.
Warto wymienić przynajmniej kilku świętych i błogosławionych, którzy wyróżniali się w średniowieczu szczególnym nabożeństwem do Serca Pana Jezusa; w tym Sercu znaleźli dla siebie źródło szczególnej radości i uświęcenia:
Św. Mechtylda (1241-1298) za zachętą samego Pana Jezusa wchodziła do Jego Serca i w nim spoczywała. Jezus oddawał jej swoje Serce jako znak zawartego z nią przymierza. Pewnego dnia w czasie spotkania Pan tak mocno przycisnął jej serce do swojego Serca, że miała wrażenie, że odtąd te dwa serca stanowią jedno. Mechtylda każdego rana witała Boże Serce i każdego wieczora czule je żegnała.
Podobnym przywilejem cieszyła się młodsza siostra Mechtyldy, św. Gertruda (1250-1303). Jej zasadnicze dzieło, które wsławiło jej imię po całej Europie, to Poseł Bożej pobożności. Jest to prawdziwy poemat miłości Boga do duszy i duszy do Boga. Jego zaś źródłem jest Najświętsze Serce Syna Bożego. Można powiedzieć, że Gertruda obcowała z Sercem Jezusowym na co dzień.
Do św. Małgorzaty z Kortony (1252-1297) Pan Jezus odezwał się pewnego dnia: "Połóż twe ręce na ranach moich rąk!" Na to święta: "Nie, Panie!" W tej chwili otwarła się rana boku Chrystusa i święta ujrzała w niej Serce Zbawcy.

Od XVII wieku nabożeństwo do Serca Pana Jezusa staje się własnością ogółu wiernych i całego Kościoła. Przyczyniło się do tego dwoje świętych: św. Jan Eudes i św. Małgorzata Maria Alacoque. Pierwszy działał bardziej z własnej inicjatywy, natomiast św. Małgorzata - pod wpływem nakazów, jakie otrzymała od samego Chrystusa, który chciał się jej pośrednictwem posłużyć.
Św. Jan Eudes (1601-1680) w dekrecie o heroiczności cnót (1903) jest nazwany "twórcą liturgicznego kultu Serca Jezusa i Maryi". W breve beatyfikacyjnym czytamy wprost: "Płonąc sam szczególną miłością ku Najśw. Sercom Jezusa i Maryi, powziął pierwszy - a nie było to bez natchnienia Bożego - myśl publicznego kultu ku ich czci. Należy go przeto uważać za ojca tego, tak miłego nam nabożeństwa. (...) Był także tego kultu doktorem, albowiem ku czci obu Serc ułożył oficjum i Mszę świętą. Był wreszcie ich apostołem, bo całym sercem przykładał się do szerzenia tego zbawiennego nabożeństwa". Jan Eudes chciał, aby ono było własnością wszystkich. Nowością, którą wprowadził było również to, że nabożeństwo do Serca Pana Jezusa łączył ściśle z nabożeństwem do Serca Maryi. Nie umiał tych dwóch Serc rozłączyć. Wreszcie nabożeństwo do tych dwóch Serc wprowadził do liturgii Kościoła.
Jan Eudes postawił sobie za cel, za program swojej kapłańskiej misji szerzenie kultu i nabożeństwa do Serca Pana Jezusa i do Serca Maryi: niezmordowanym słowem, pismami i dziełami. Założył także ku czci tych dwóch Serc i pod ich imieniem osobną rodzinę zakonną (1641), aby kapłani tegoż zgromadzenia ex professo oddawali się szerzeniu nabożeństwa do tych dwóch Serc. Ku czci tych dwóch Serc przepisuje swoim synom duchownym osobne nabożeństwa i modlitwy, wśród nich piękne pozdrowienie: Ave Cor sanctissimum, ave Cor amantissimum Jesu et Mariae! W roku 1643 poleca w swoim zakonie obchodzić uroczyście święto Najświętszego Serca Maryi (8 lutego) oraz Serca Pana Jezusa (20 października). Układa oficjum na te święta. W roku 1648 wydaje książeczkę O nabożeństwie do Najśw. Serca Jezusa i Maryi. W roku 1670 otrzymuje aprobatę teologów tekstów Mszy świętej i oficjum o Najśw. Sercu Pana Jezusa.

A jednak główna zasługa w rozpowszechnianiu się nabożeństwa do Najśw. Serca Pana Jezusa przypada skromnej zakonnicy, wizytce, św. Małgorzacie Marii Alacoque (1647-1690). Żyła ona w tym samym wieku i czasie, co św. Jan Eudes, ale w zupełnym ukryciu w klasztorze w Paray-le-Monial. 27 grudnia 1673 roku Małgorzata dopuszczona została do tego, by spoczęła na Sercu Jezusowym. Pan Jezus pokazując jej swoje Serce pełne ognia, rzekł do niej: "Moje Boskie Serce tak płonie miłością ku ludziom, że nie może dłużej utrzymać tych płomieni gorejących, zamkniętych w moim łonie. Ono pragnie rozlać je za twoim pośrednictwem i pragnie wzbogacić ludzi swoimi Bożymi skarbami". Następnie Jezus wziął serce Małgorzaty i umieścił je symbolicznie w swoim Sercu. Potem już przemienione i jaśniejące oddał Małgorzacie. Usłyszała pocieszające słowa: "Dotąd nosiłaś tylko imię mojej sługi. Dzisiaj daję ci inne imię - umiłowanej uczennicy mojego Serca".
Drugie objawienie miało miejsce na początku roku 1674. Pan Jezus ponownie objawił Małgorzacie swoje Serce i wymienił dobrodziejstwa i łaski, jakie przyrzeka czcicielom swojego Serca. "To nabożeństwo - pisze św. Małgorzata - jest ostatnim wysiłkiem Jego miłości i będzie dla ludzi jedynym ratunkiem w ostatnich czasach". Wśród różnych form czci Pan Jezus zażądał czci także wizerunków swojego Serca.
W tym samym roku 1674 miało miejsce trzecie z wielkich objawień. W czasie wystawienia Najśw. Sakramentu pojawił się Świętej Pan Jezus "jaśniejący chwałą, ze stygmatami pięciu ran, jaśniejącymi jak słońce". Pan Jezus ponownie odsłonił swoją pierś i pokazał Serce swoje w pełni blasku. Zażądał, aby w zamian za niewdzięczność, jaka spotyka Jego Serce i Jego miłość, okazaną rodzajowi ludzkiemu, dusze pobożne wynagradzały temuż Sercu zranionemu grzechami i niewdzięcznością ludzką. Zażądał od świętej, aby w duchu tegoż zgromadzenia odbywała się w każdą noc przed pierwszym piątkiem miesiąca adoracja godzinna ("godzina święta") oraz aby Komunia święta w pierwsze piątki miesiąca była również ofiarowana w celu wynagrodzenia Boskiemu Sercu za grzechy i oziębłość ludzką.
Wreszcie w piątek po oktawie Bożego Ciała, 10 czerwca 1675 roku nastąpiło ostatnie wielkie objawienie. Kiedy Małgorzata klęczała przed tabernakulum w czasie nawiedzenia Najśw. Sakramentu, ukazał się jej Chrystus, odsłonił swoje Serce i powiedział: "Oto Serce, które tak bardzo umiłowało ludzi, że nie szczędziło niczego aż do zupełnego wyniszczenia się dla okazania im miłości, a w zamian za to doznaje od większości ludzi tylko gorzkiej niewdzięczności, wzgardy, nieuszanowania, lekceważenia, oziębłości i świętokradztw, jakie oddają mu w tym Sakramencie Miłości. Lecz najbardziej boli Mnie to, że w podobny sposób obchodzą się ze Mną serca służbie mojej szczególnie poświęcone. Dlatego żądam, aby pierwszy piątek po oktawie Bożego Ciała był odtąd poświęcony jako osobne święto ku czci Mojego Serca i na wynagrodzenie Mi przez Komunię i inne praktyki pobożne zniewag, jakich doznaję. W zamian za to obiecuję ci, że Serce moje wyleje hojne łaski na tych wszystkich, którzy w ten sposób oddadzą Mu cześć lub przyczynią się do jej rozszerzenia".
Pan Jezus dał św. Małgorzacie Alacoque dwanaście obietnic, dotyczących czcicieli Jego Serca:

Dam im łaski, potrzebne w ich stanie. Ustalę pokój w ich rodzinach. Będę ich pocieszał w utrapieniach. Będę ich pewną ucieczką w życiu, a szczególnie w godzinę śmierci. Będę im błogosławił w ich przedsięwzięciach. Grzesznicy znajdą w mym Sercu źródło i ocean miłosierdzia. Dusze oziębłe staną się gorliwymi. Dusze gorliwe prędko dojdą do doskonałości. Będę błogosławił domom, w których wizerunek Serca mojego będzie czczony. Osoby, które będą to nabożeństwo rozszerzały, będą miały imię swoje wypisane w Sercu moim. Dam kapłanom dar wzruszania serc nawet najzatwardzialszych. W nadmiarze miłosierdzia Serca mojego przyrzekam tym wszystkim, którzy będą komunikować w pierwsze piątki miesiąca przez dziewięć miesięcy z rzędu w intencji wynagrodzenia, że miłość moja udzieli łaskę pokuty, iż nie umrą w mojej niełasce, ani bez Sakramentów świętych, a Serce moje będzie im pewną ucieczką w ostatniej godzinie życia.

Stolica Apostolska dopiero po ścisłych i dokładnych badaniach zezwoliła na obchodzenie święta, jak i na cześć wizerunków Jezusowego Serca w formach dzisiaj powszechnie przyjętych. Po raz drugi Kościół pośrednio zatwierdził objawienia, dane św. Małgorzacie Marii Alacoque, kiedy po surowym procesie wyniósł ją do chwały ołtarzy. Jej beatyfikacja odbyła się w roku 1864, a kanonizacja w roku 1920. Pierwszym z papieży, który zatwierdził nabożeństwo do Serca Pana Jezusa a także święto dla niektórych diecezji i zakonów był Klemens XIII. Uczynił to w roku 1765 - a więc prawie w sto lat po wspomnianych objawieniach. Decydującym jednak w tej sprawie stał się memoriał biskupów polskich wysłany do tegoż papieża w 1765 roku. Memoriał podaje najpierw historyczny przegląd kultu, z kolei uzasadnia bardzo głęboko godziwość i pożytki płynące z tego nabożeństwa. Papież Pius IX w roku 1856 rozszerzył święto Serca Pana Jezusa na cały Kościół. Leon XIII 31 grudnia 1899 roku oddał Sercu Jezusowemu w opiekę cały Kościół i rodzaj ludzki.

Kościół widzi w nabożeństwie do Serca Jezusowego znak miłości Boga ku ludziom. Chce także rozbudzić w sercach ludzkich wzajemną miłość ku Bogu poprzez to nabożeństwo. Nadto sam Chrystus nadał temu nabożeństwu wybitnie kierunek ekspiacyjny: ma nas ono uwrażliwiać na grzech, mobilizować w imię miłości Chrystusa do walki z nim oraz do wynagradzania za tych, którzy najwięcej ranią Boże Serce. Bóg jest miłością. Z miłości Bożego Serca istnieje cały wszechświat i rodzaj ludzki. Kiedy zaś rodzaj ludzki sprzeniewierzył się Panu Bogu, swojemu Stwórcy, Bóg nadal go nie przestał miłować. Dowodem zaś tej niepojętej miłości było to, że dał swojego Syna. Uosobieniem tej największej Bożej miłości jest Serce Jezusowe. Ta właśnie miłość dla rodzaju ludzkiego kazała Jezusowi przyjść na ziemię, przyjąć dla zbawienia rodzaju ludzkiego okrutną mękę i śmierć. Z miłości tego Serca powstał Kościół, sakramenty święte, a wśród nich Sakrament Miłości - Eucharystia.
Nabożeństwo do Serca Jezusowego nakłada również zobowiązania. Człowiek nie powinien nadużywać dobroci Bożego Serca. Powinien mieć do tego Serca nieograniczone zaufanie. Dlatego może i powinien uciekać się do tegoż Serca we wszystkich swoich potrzebach. Nie powinien jednak ranić tegoż Serca na nowo grzechami. Kiedy jednak słabość ludzka na nowo pchnie nas w bagno grzechu i w niewolę szatana, mamy prawo zawsze ufać w miłosierdzie Boże, które gotowe jest przyjść nam z pomocą i nas wybawić.
Nabożeństwo do Najświętszego Serca Jezusowego skłania również do aktów pokutnych za grzechy innych. Kto miłuje Boże Serce, ten będzie starał się temuż Sercu wynagradzać za grzechy braci. Tak więc nabożeństwo to budzi także świadomość i odpowiedzialność społeczną. Nabożeństwo do Serca Jezusowego nagli do naśladowania cnót tego Serca - a przede wszystkim miłości we wszelkich jej przejawach.

Istnieją rozmaite formy czci Najświętszego Serca Pana Jezusa.
Pierwszą z nich jest coroczna uroczystość, obchodzona w piątek po oktawie Bożego Ciała.
Miesiąc czerwiec jest miesiącem Serca Jezusowego; szczególnym orędownikiem tej formy kultu był papież Leona XIII (+ 1903) i jego następcy.
Często spotyka się także wizerunki Serca Jezusowego: w postaci medalików, obrazków, obrazów ściennych, figur. Liczne są także świątynie poświęcone Sercu Jezusa - w samej Polsce jest ich ok. 400.
Wiele narodów i państw poświęciło się Sercu Pana Jezusa, m.in. Ekwador, Kolumbia, Belgia, Hiszpania, Francja, Meksyk, Polska. Istnieją też zakony pod nazwą Serca Jezusowego - m.in. sercanki, siostry Sacre Coeur, siostry urszulanki Serca Jezusa Konającego.
Istnieją także konkretne pobożne praktyki ku czci Serca Jezusowego. Godzina święta wywodzi się od św. Małgorzaty Marii Alacoque. Pan Jezus wyraził życzenie, aby wierni w nocy z czwartku na pierwszy piątek miesiąca adorowali chociaż przez godzinę Najśw. Sakrament dla uczczenia konania Chrystusa w Ogrodzie Oliwnym. Praktykę tę przyswoiło sobie bardzo wiele parafii, odprawiając specjalne adoracje w godzinach wieczornych. Pan Jezus dał także św. Marii Małgorzacie obietnicę, że kto przez dziewięć kolejnych pierwszych piątków przystąpi do Komunii świętej i ofiaruje ją jako wynagrodzenie za grzechy własne i rodzaju ludzkiego, temu Boże Serce zapewni miłosierdzie w chwili zgonu, że nie umrze bez Jego łaski. Kościół wprawdzie nie zaaprobował urzędowo tej obietnicy, pozwala jednak ufać, że zostanie ona wypełniona. Praktyka ta przyczyniła się do spopularyzowania zwyczaju częstej Komunii świętej. Pierwsze litanie do Najśw. Serca Jezusowego powstały w XVII wieku. Obecna pochodzi z wieku XIX. Jej początek miał miejsce w klasztorze sióstr francuskich wizytek. Zatwierdził ją do odmawiania publicznego papież Leon XIII 2 kwietnia 1889 roku. On też dołączył do Litanii akt poświęcenia rodzaju ludzkiego Najśw. Sercu Jezusowemu. Papież Pius XI dodał akt Wynagrodzenia Sercu Jezusowemu, który nakazał odmawiać co roku w uroczystość Serca Jezusowego.

ILG

 
Maj – miesiąc Maryi
5 maja 2012

Maj – miesiąc Maryi

„O Wszechmogący,
chroń ziemię polską,
przez wieki żywioną
CHRYSTUSEM, MARYJĄ,
by się nie stała
tylko asfaltową,
laicko – niczyją"

1. Miesiąc maryjny w Polsce

W kulturę naszego narodu, w jej historię i tradycję tak bardzo „wpisała się" Maryja. Nie mamy się czego wstydzić, gdy mówią, że jesteśmy narodem maryjnym. Raczej wstydzić się nam trzeba tego, że nie do końca jesteśmy narodem maryjnym. „Czyńcie wszystko, co Syn mój wam powie..." Ona mówi do nas już ponad tysiąc lat. A my głusi jesteśmy, ślepi i ciągle chromi, ciągle upadamy.

Rozpoczynamy miesiąc maj – poświęcony Matce Bożej. Każdego dnia nasze myśli będą biegły do Naszej Matki i ku Jasnej Górze. Rozważamy zatroskanie Maryi o nas Naród i o każdego z nas z osobna. Historia naszego kraju pełna jest nadzwyczajnych interwencji Częstochowskiej Madonny. „Co się stało na Jasnej Górze? Dotąd nie jesteśmy w stanie dobrze na to odpowiedzieć. Stało się coś więcej niż zamierzaliśmy. Okazało się, że Jasna Góra jest wewnętrznym spoidłem życia narodu, jest siłą, która chwyta głęboko za serce i trzyma naród cały w pokornej a mocnej postawie wierności Bogu, Kościołowi i jego hierarchii" (kard. St. Wyszyński).

2. Maryja w historii Narodu

W nasze rozważanie poświęcone Matce Bożej obecnej w historii naszego narodu i bardzo obecnej w życiu każdego z nas, niech nas wprowadzi Prymas Tysiąclecia, Sł. Bozy Stefan Kardynał Wyszyński. Wczytajmy się w jego słowa skierowane do młodzieży akademickiej w dniu i 11 listopada 1957 r.:

„Cała szlachetność Narodu polskiego wiąże się bardzo z czcią dla Matki Najświętszej. Cała ta, że się tak wyrażę „elegancja polska" jest wynikiem wychowania w kręgu promienia, który wypływa z naszego szlachetnego stosunku do Niewiasty w matce Boga. Całe nasze życie rodzinne i domowe bardzo wiele czerpie z godności i dostojeństwa Matki Boga. O, jak wiele zawdzięcza jej naród polski w kształtowaniu swego narodowego obyczaju! Pozostaniemy wierni tej czci tak wychowawczej, tak szlachetnie kształtującej nasze uczucia, tak nieustannie nas oczyszczającej. Potrzeba, aby na horyzoncie naszego anodowego życia było wielkie Światło, które oczyszczałoby nasze oczy. Aby była jakaś wielka Szlachetność, która uczyłaby nas godności w codziennym życiu. Aby była nieskalana Czystość, która by nas nieustannie omywała! Prawdą jest, że nawet najbrudniejszy świat, im bardziej jest brudny, tym bardziej tęskni za wymarzoną, nietkniętą czystością.

Dzieci Najmilsze! Jeśli rzecz tak się ma ze światem, to jakże może wyglądać dusza, gdy człowiek rozkocha się w ideale Maryi! Nie wystarczy potrzeć w Jej czyste Oblicze, choćby zranione, ale trzeba w Jej oczach wyczytać wszystko, co potrzebne jest dla odnowy życia narodowego. Wraz z przyjęciem chrztu, w dzieje naszego narodu, dzieje niełatwe, weszła Jezusowa Matka. Stąd religijna historia Narodu wiąże się nie tylko z wątkiem chrystologicznym, ale i z wątkiem maryjnym".

Zwróćmy uwagę przynajmniej na niektóre momenty trudnej historii naszego narodu, w których ucieczką i obroną była nam Najświętsza Maryja, jak stawała się i Orędowniczką, i Hetmanką polskiego oręża. Pod Grunwaldem zjednoczone wojska polsko – rusko – litewskie idą do wałki z Krzyżakami z „Bogurodzicą" na ustach. Tuż przed potopem szwedzkim Maryja wzywana jest jako pierwsza i ostatnia ucieczka korony Polskiej:

„Pokaż się nam Matką, Pani
Prosim upadli poddani.
Broń nas zaszczytem, o Królowo, czułym
Tym cię na wieki Polska czci tytułem.
Ukój Ojca w gniewie srogim.
Przeproś winy nam ubogim,
Aby pamiątka w polskim była państwie
Nie zginie, kto jest w Maryi poddaństwie"
(Wespazjan Kochanowski)

Król Jan Kazimierz w swoich ślubach nazywa Maryję Królową Królestwa Polskiego, Księstwa Litewskiego i Ruskiego i wszystkich księstw i lenn, oddając wszystko jej szczególnej opiece i orędownictwu. Adam Mickiewicz w swojej Inwokacji prosi Matkę Bożą, by wszystkich wygnańców „wróciła cudem na Ojczyzny łono".

Gdy przychodzi czas pokoju, gdy milknie wojenny oręż, Maryja wzywana jest jako Opiekunka ojczystej ziemi.

„(...) A Ty, o Pani, co nasze dąbrowy
I strzechy świętą błogosławisz ręką,
Hetmanko starej naszej Częstochowy
Wejdź nam w noc smutku przejasną jutrzenką!

Niechaj to czujem, że nad ziemią naszą,
Połyska Twoja gwiaździsta korona,
I niech nas żadne przygody nie straszą,
Zdrowaś Maryjo i błogosławiona!"
(Mana Konopnicka)

Gdy przyjdzie czas zsyłek po wielkich powstaniach narodowych, Maryja będzie symbolem matek opłakujących, tak jak ona, śmierć swoich synów.

„Matko, już piąty raz śniegiem się bieli
Dach twego domu, i piąty raz zima
W rodzinnej ziemi wiatr północnej wzdyma,
Gdyśmy przy świętej wieczerzy siedzieli!

Dziś, kiedy wszyscy u stołu weseli,
Ty, patrząc w koło tęsknymi oczyma,
Myślisz w swej duszy: „Konstantego nie ma
I któż z nim dzisiaj opłatkiem się dzieli".

O! matko moja! Gdy w wieczór stroskana,
Modlić się będziesz przed Maryi obrazem,
Serc naszych głosy spotkają się razem,
I anioł święty poniesie przed Pana
Jednej krzewiny dwa woniące kwiatki:
Modlitwę syna i modlitwę matki".
(Konstanty Gaszyński)

Lata okupacji hitlerowskiej Wczas, w który zagasły wszystkie światła, ale pozostała Święta z Częstochowy. Wielkie święta religijne wnikały w codzienność, bolesną codzienność. Cierpiący i umierający człowiek prawie był tożsamy z rodzącym się i umierającym Chrystusem. Szczególnie przejmującym wyrazem tego czasu jest, Kolęda warszawska 1939":

„O, Matko, odłóż czas narodzenia
Na inny czas,
Niechaj me widzą oczy stworzenia,
Jak gnębią nas.

Niechaj się rodzi Syn najmilszy
Wśród innych gwiazd.
Ale nie u nas, nie w najsmutniejszym
Ze wszystkich miast.

Bo w naszym mieście, które pamiętasz
Z dalekich dni,
Krzyże wyrosły, krzyże i cmentarz,
Świeży od krwi.

Bo nasze dzieci pod szrapnelami
Padły bez tchu,
O, święta Mario, módl się za nami,
Lecz nie chodź tu.

A jeśli chcesz już narodzić w cieniu
Warszawskich zgliszcz,
To lepiej zaraz po narodzeniu
Rzuć Go na krzyż".
(Stanisław Baliński)

Sama zaś Maryja, Matka Bolesna, stała się wzorem walczących z wrogiem – miłością:

„Któraś wiodła jak bór pomruków
ducha ziemi tej skutego w zbroi szereg,
prowadź nocne drogi jego wnuków,
byśmy milcząc umieli umierać.

(...) Która ziemi się uczyłaś przy Bogu,
w której ziemia jak niebo się stała,
daj nam z ognia twego pas i ostrogi,
ale włóż je na człowiecze ciała.

(...) Która jesteś jak nad czarnym lasem
blask – pogody słonecznej Kościół,
nagnij pochmurną broń naszą
gdy zaczniemy walczyć miłością".
(Krzysztof Kamil Baczyński)

Ten czas, czas wojny, nie zniszczył ducha narodu. Polska zeszła do podziemia, a z nią jej Królowa.

„Matuś Podziemia!
Królowo Korony Polskiej!
Święta Dziewico, Pani Częstochowy
Daj nam Ojczyznę –
Spraw, by moce Boskie
W nas się ozwały echem piorunowym –
Matuś Podziemia!
Daj, by nasze ręce

Sypnęły bagnetów miliona iskrami,
Uderz na alarm
Tak, by stokroć dźwięcznej
Okrzyk – do broni – zakwitł nad ustami!
Gdy – Matuś nasza –
Już będziemy bić się
I żąć jak zboże teutońskie plemię,
Pamiętaj o tych,
Co zapłacą życiem,
I zamknij im oczy Twoim Imieniem".
(Jerzy Szewczyk)

Skończyła się wojna i przyszedł czas zniewolenia, sowietyzacji i totalnej walki z Kościołem. Uwięzienie Prymasa, groteskowe procesy biskupów i kapłanów, morderstwa i prześladowania najlepszych synów i córek narodu – to tylko niektóre momenty czasu, zwanego eufemicznie Polską Ludową. Z tego czasu pochodzi przejmująca Litania jasnogórska Aleksandra Rymkiewicza:

„(...) Chroń nas, błagają Ciebie nasze wargi, bądź tarczą ciosów, co grożą dokoła, bo serc nie mamy ni skrzydeł anioła,
Matko schodząca z Golgoty bez skargi.
Ty, coś przed męką nie obroniła Syna, wybacz nam krople goryczy w Ogrójcu, przez mękę Jego wstaw się u Ojca, za. nasze dzieci proś, Matko bez winy. (...)".

Sierpień 1980. Polska była wtedy szczególnie piękna. Nie da się zapomnieć widoku tysięcy modlących się stoczniowców. Zasłonięte, zapłakane twarze. Kolejki przed konfesjonałami. Portrety Papieża-Polaka. Jezusowy Krzyż. Ikona Czarnej Madonny.

A potem 13 grudnia 1981 r. Zmarnowane szanse... stracone nadzieje... połamane skrzydła.

„O Królowo,. Jasnogórska Pani,
nie opuszczaj nas!
Z ciemnej, strasznej dni naszych otchłani
racz wybawić nas!
W zniewoleniu ciał, dusz i serc naszych
nie opuszczaj nas!
Z wrogiej mocy, która się panoszy
racz wybawić nas!
W czas rozdarcia naszego narodu
nie opuszczaj nas!
Od uczynków zrodzonych niezgodą
racz wybawić nas!
W tej powtórnej dziejów naszych nocy
nie opuszczaj nas!
Z obcych kajdan, ucisku, przemocy.
racz wybawić nas!
W bez silności samotnej: wśród świata
nie opuszczaj nas!
Od obcego ciemiężcy i kąta
racz wybawić nas!
O, królowo, Jasnogórska Pani,
nie opuszczaj nas!
Z ciemnej, strasznej dni naszych otchłani
racz wybawić nas!"
(Jan Baliński)

Matka Boża uczy nas postawy służebnej wobec narodu. Jest najlepszym uosobieniem miłości patriotycznej. Tak, jak cała była dla Dziecka – Jezusa, tak cała jest dla tych, którzy obrali Ją sobie za Matkę i Królową.

„Panno-Święta
Partner Dobroci nieogarnionej
zarzuć na skłócony kraj
welon zgody
niech krew Ojczyzny
dojrzewa pracą i chlebem
tolerancją! Miłością
niech łączy
ciepłem imienia; Polska.
Czy można nie włączyć się w tę modlitwę?..."

3. Nasze oddanie Matce

Kościół najpiękniejszy miesiąc poświęca Tej, która była najpiękniejszym Kwiatem ziemi. Maj, polski maj! Maj boćków rozklekotanych radosnym powrotem pod nasze strzechy; maj rozświergotanych skowronków, jaskółek i szpaków; maj rozkwitniętych polskich grusz, jabłoni, śliw, czeremch, bzów; maj ukwieconych łąk! Jakby cała ziemia polska Pani swojej i Królowej chciała nieść pierwociny swoich najcudowniejszych barw i woni. Biją dzwony, a lud gromadzi się tłumnie po świątyniach, by w litanijnych strofach wyśpiewać swoją duszę i przed ukochaną Matką wypłakać swoje troski. Ołtarze Maryi zasypane kwieciem coraz to nowym, bujniejszym. Jakby panował święty wyścig miłości ziemi i serc polskich. A kiedy buchnie pieśń: Pod Twą Obronę... O Pani Nasza, Orędowniczko Nasza, Pośredniczko Nasza, Pocieszycielko Nasza — to zda się, że znikają stropy świątyń i płynie pieśń ziemi jak woń kadzidła wprost do niebieskiej Matki. I tak jest wszędzie jak Polska długa i szeroka, po katedrach i wiejskich kościołach, po przydrożnych kapliczkach. U stóp swej Matki gromadzi się w majowe wieczory cała Polska i wszystkie jej dzieci, które proszą słowami św. Ludwika de Montforta:

„Obieram Cię dziś, Maryjo, w obliczu całego dworu niebieskiego, na moją Matkę i Panią. Z całym oddaniem i miłością powierzam i poświęcam Tobie moje ciało i moją duszę, wszystkie moja dobra wewnętrzne i zewnętrzne, a także zasługi moich dobrych uczynków przeszłych, teraźniejszych i przyszłych. Tobie zostawiam całkowite i pełne prawo dysponowania mną jak niewolnikiem oraz wszystkim, co do mnie należy, bez zastrzeżeń, według Twojego upodobania, na większą chwałę Bożą teraz i na wieki. Amen".

Ks. Grzegorz A. Ostrowski
Diecezja Płocka

© 1996–2012 www.mateusz.pl

 
Czas radości, czas nadziei
7 kwietnia 2012

Alicja Dołowska

Czas radości, czas nadziei

Świętom Zmartwychwstania Pańskiego od najdawniejszych czasów towarzyszyło w Polsce huczne powitanie. Po czterdziestodniowym poście, w czasie którego posilano się żurem na wodzie i śledziem, nastawał czas dwudniowej biesiady. Dziś nie ma już ani tak surowych postów, ani tak obfitego ucztowania. Wiele tradycji jednak pozostało. Choć na naszych oczach zmienia się wielkanocne menu i sposób spędzania świątecznego czasu, na wielkanocnym stole nie może zabraknąć święconki, kraszonych jaj i baranka, symbolizującego zwycięskiego Chrystusa.

Mało kto wie, że zwyczaj ustawiania w centralnym punkcie stołu baranka z czerwoną chorągiewką, zwanego agnusikiem, wprowadził w XVI wieku papież Urban V. W wielu krajach Europy zamiast baranka z cukru, masła lub ciasta na stół podaje się jagnięcinę, a o święconce czy kolorowych, misternie uplecionych wielkanocnych palmach tamtejsi mieszkańcy nie mają pojęcia.

U nas święcenie pokarmów nadal pozostaje żelaznym punktem obyczaju. W koszyczku, w którym króluje baranek, każdy składnik ma określoną symbolikę. Nie powinno zabraknąć jajek — symbolu życia i płodności — kiełbasy, chleba, soli i pieprzu. A także chrzanu — na pamiątkę gorzkiej męki Chrystusa na krzyżu. Resztę potraw można dodawać w zależności od upodobań i regionalnych obyczajów. Ksiądz kardynał Henryk Gulbinowicz wspomina, że na wsiach Wileńszczyzny, skąd pochodzi, panował zwyczaj konnego wyścigu ze święconym. Wierzono, że gospodarz, który pierwszy przywiezie je z kościoła do domu, będzie miał lepsze plony. „Dlatego wszyscy stali w kościele bliżej wyjścia. Potem gnano na łeb na szyję do domu" — napisał kardynał we wspomnieniach z młodości.

Wielkanoc jest czasem gromadzenia się rodziny, która często zjeżdża z różnych stron nie tylko kraju, ale i świata, by razem cieszyć się tym świętem i sobą nawzajem. Bo polska Wielkanoc, mimo postępującego procesu unifikacji kultury w zglobalizowanym świecie, jest wyjątkowa. To dni radości i obietnicy nieśmiertelności wynikającej z symboliki Zmartwychwstania Pańskiego. To także czas, gdy po zimowym uśpieniu przyroda budzi się do życia. Przez fakt, że forsycje, narcyzy, żonkile kwitną wtedy jak szalone i często służą — obok bukszpanu — do dekoracji stołu, Wielkanoc bywa nazywana żółtymi świętami.

Mszę św. rezurekcyjną w Niedzielę Wielkanocną zawsze ogłasza huk wystrzałów i pękających petard. Przyzwyczailiśmy się do tego, że na znak Zmartwychwstania Pańskiego od świtu ziemia trzęsie się w posadach. W Warszawie, od czasów saskich aż do zaborów, rezurekcji towarzyszyły wystrzały armatnie tak głośne, że wyrywały ze snu nawet największych śpiochów! Potem zwyczaju tego zaniechano. Ale, by „nagłośnić" wieść o Zmartwychwstaniu, młodzież męska szukała innych sposobów. Z okresu międzywojennego mieszkańcy m.in. Łodzi pamiętają huk eksplodującego kalichlorku i kapiszonów podkładanych na tramwajowe szyny. Jeszcze w latach 60. i 70. XX wieku w celu wywołania hałasu podkładano takie ładunki na torach kolejowych.

Niedziela Wielkanocna była „domowa". Nie składano wizyt. Po powrocie z kościoła całą rodziną siedziało się w domu, biesiadując przy suto zastawionym i pięknie udekorowanym stole. Odwiedziny znajomych i dalszej rodziny odbywały się dopiero w drugi dzień świąt. Do dziś pozostała w tradycji przepiękna ceremonia dzielenia się jajkiem przed biesiadą, serdecznych pocałunków, uścisków i składania sobie życzeń. Kiedy dzielono się jajkiem, nie wolno było sięgać po nie widelcem. Należało brać je z szacunkiem palcami.

Wielkanocne potrawy przez całe święta stały na stole. Mimo to nie psuły się ani nie wysychały. Tym, którzy zachodzą w głowę, jak to możliwe, warto przypomnieć, że nie było wtedy lodówek, ale też nie używano konserwantów ani technologii przyśpieszonej produkcji żywności, a zwierzęta karmiono naturalną paszą.

Kronikarz dwudziestowiecznej Warszawy Ignacy Baliński wspomina, że nie gotowano w te dni obiadów — oprócz klarownego bulionu lub barszczu podawanego w filiżankach. Zastawiony przez całe święta stół zachęcał do jedzenia o każdej porze. Gospodynie, które natrudziły się w czasie przygotowań, mogły wreszcie autentycznie świętować. A wcześniej miały ciężką pracę, by zapeklować i ugotować całą szynkę z nogą, przygotować pasztety, dziczyznę, indyka, galarety z nóżek, salcesony, kiełbasy, dziczyznę, sałatki i ciasta. Do legendy przeszły wielkanocne drożdżowe baby z lukrowanymi białymi czepcami, ustawiane z dumą w czterech rogach stołu jak trofea, a także serniki, mazurki i torty. Górowała oczywiście piramida kolorowych pisanek, nad których zdobieniem często długo trudziły się dzieci.

Z pisemnych przekazów znamy wielkanocne biesiady na magnackich dworach. Na święcone do wojewody Sapiehy w Dereczynie zjeżdżała licznie szlachta z Litwy i Korony. „Kurier Warszawski" w 1828 roku informował, że „na stole stały cztery ogromne, upieczone dziki, symbolizujące liczbę pór roku. Każdy z nich miał w sobie szynki, kiełbasy i prosiątka. Ale ustawiono też dwanaście jeleni, upieczonych w całości, ze złocistymi rogami. Były nadziane: zającami, cietrzewiami, dropami, pardwami". Jak można się domyślić, liczba jeleni odzwierciedlała dwanaście miesięcy roku. Na środku stołu, na honorowym miejscu umieszczono baranka z chorągiewką, nafaszerowanego pistacjami. Wokół niego stały sążniste ciasta, mazurki, żmudzkie pierogi, a wszystko z bakaliami. Ciast było pięćdziesiąt dwa, tak jak tygodni w roku. Oprócz tego upieczono trzysta sześćdziesiąt pięć bab wielkanocnych — tyle, ile dni w roku. Czterem beczkom wina i dwunastu srebrnym konwiom z winem towarzyszyły pięćdziesiąt dwie srebrne baryłki z winem cypryjskim, hiszpańskim i włoskim, na gości czekało także trzysta sześćdziesiąt pięć gąsiorków. A dla czeladzi, jak odnotowała gazeta: „przygotowano ośm tysięcy, siedemset sześćdziesiąt kwart miodu, tyle, ile godzin w roku". Takie informacje mogą dziś zwalić z nóg!

Juliusz Słowacki opisuje święcone w Nieświeżu u księcia Mikołaja Krzysztofa Radziwiłła „Sierotki", które przeszło do historii. „Stół zdobiły olbrzymie pasztety, na których widok Radziwiłł krzyknął do szlachty: «Panowie, do ataku!» Po zdjęciu z pierwszego pasztetu czapy, wyfrunęło z niego mnóstwo żywych kuropatw, jemiełuch, jarząbków i gołębi, które potłukłszy okna, powylatywały na dziedziniec". A że szlachta miała przy sobie fuzje, od razu urządzono na ptactwo polowanie.

W mięsnej piramidzie kucharz zademonstrował żywe obrazy z mitologii, na przykład Laokoona z wężami. Gdy Radziwiłł uderzył buławą w wierzch piramidy, na ruinach pasztetu siedział karzeł w cielistym ubiorze, skrępowany kiełbasami, niczym Laokoon mocujący się z gadami Minerwy. W innym pasztecie była Andromeda przykuta do skały. Po rozbiciu konstrukcji znaleziono tam karlicę Dianę, która poświęconymi salcesonami przywiązana była za ręce do pasztetu. U jej stóp leżał ogromny szczupak, który zamiast własnej głowy miał przytwierdzoną głowę dzika.

Zanim przystąpiono do biesiady, Radziwiłł z szacunkiem częstował wszystkich jajami, każdemu z gości podając je osobiście i składając życzenia. W jednej z sal wśród mnóstwa drzew pomarańczowych przygotowano dla gości sadzawkę z miodu lipcowego, z wyspą z zielonego owsa, na której „pasł się" baranek o oczach z drogich kamieni z książęcego skarbca, z chorągwią. Na baranka napierały cztery ogromne dziki upieczone w całości i dwanaście jeleni ze złoconymi rogami w różnych agresywnych pozach.

Kiedy czytamy te opisy, jesteśmy skłonni uwierzyć Ignacemu Balińskiemu, który pisząc o ostatnich dziesięcioleciach XIX wieku, stwierdza, że „najwięcej ucierpiała Wielkanoc". Dziś dodamy, że w czasach fast foodów i cateringu „ucierpiała" jeszcze bardziej. Zapracowane gospodynie coraz częściej rezygnują z wyrobów własnej roboty, zamawiają dania gotowe. Nie piecze się już prosiaczków w całości i nie podaje ich z jajkiem w pyszczku.

Ale też rzadko już można spotkać ludzi leżących krzyżem w Wielki Piątek i płaczące w głos kobiety w czarnych welonach przy Grobach Pańskich. W wystroju grobów nie ma już fontann i żywych kanarków, o których czytamy w „Lalce" Prusa. Ksiądz kardynał Gulbinowicz zapamiętał je z okresu międzywojnia z kościoła Bonifratrów w Wilnie: „Zadziwiające były klatki z kanarkami, które darły się wniebogłosy! Podglądaliśmy, w którym miejscu te ptaki są umieszczone, ale niełatwo je było zlokalizować" — wspomina hierarcha. Również Anna Branicka-Wolska przypomina sobie z lat młodości o kanarkach, które w kościele św. Aleksandra na placu Trzech Krzyży w Warszawie „gdzieś spod kopuły nuciły swoje trele".

Jednak to, co najważniejsze w tradycji wielkanocnej — przetrwało. Rekolekcje, przeżywanie Wielkiego Tygodnia, Droga Krzyżowa, święcenie potraw, urządzanie i adorowanie Grobu Pańskiego, jałmużna, rodzinne spędzanie świąt i dzielenie się jajkiem. Odradza się tradycja misterium Męki Pańskiej. Nadal uczymy dzieci wyplatania palm wielkanocnych i zdobienia pisanek. O lanym poniedziałku pamiętają same...

opr. mg/mg

Copyright © by Moja Rodzina (4/2012)

 
Orędzie Ojca Świętego Benedykta XVI na Wielki Post 2012 r.
3 marca 2012
Orędzie Ojca Świętego Benedykta XVI na Wielki Post 2012 r.

«Troszczmy się o siebie wzajemnie,
by się zachęcać do miłości i do dobrych uczynków» (Hbr 10, 24)

Bracia i siostry!

Wielki Post ponownie daje nam sposobność do refleksji nad tym, co stanowi centrum życia chrześcijańskiego – miłością. Jest to bowiem odpowiedni czas, abyśmy z pomocą Słowa Bożego i sakramentów odnowili naszą drogę wiary, zarówno osobistą, jak i wspólnotową. Jest to droga pod znakiem modlitwy i dzielenia się, milczenia i postu, w oczekiwaniu na radość paschalną.

W tym roku chciałbym przedstawić parę myśli w świetle krótkiego tekstu biblijnego, zaczerpniętego z Listu do Hebrajczyków: «Troszczmy się o siebie wzajemnie, by się zachęcać do miłości i do dobrych uczynków» (10, 24). To zdanie występuje w perykopie, w której natchniony pisarz zachęca do pokładania ufności w Jezusie Chrystusie jako Najwyższym Kapłanie, który wyjednał nam przebaczenie i dostęp do Boga. Owocem przyjęcia Chrystusa jest życie według trzech cnót teologalnych: należy przystępować do Pana «z sercem prawym, z wiarą pełną» (w. 22), by trwać niewzruszenie w nadziei, którą wyznajemy (por. 23), troszcząc się nieustannie wraz z braćmi o «miłość i dobre uczynki» (por. 24). Mówi się też, że dla umocnienia tej ewangelicznej postawy ważne jest, by uczestniczyć w spotkaniach liturgicznych i modlitewnych wspólnoty, mając na względzie cel eschatologiczny: pełną jedność w Bogu (por. w. 25). Skupię się na wersecie 24, który w paru słowach przekazuje cenną i zawsze aktualną naukę na temat trzech aspektów życia chrześcijańskiego; są nimi troska o bliźniego, wzajemność i osobista świętość.

1. «Troszczmy się» – odpowiedzialność za brata

Pierwszym elementem jest wezwanie do tego, by «się troszczyć» – występuje tu grecki czasownik katanoein, który oznacza: uważnie obserwować, być uważnym, przyglądać się w sposób świadomy, dostrzegać pewną rzeczywistość. Spotykamy go w Ewangelii, kiedy Jezus mówi uczniom, by «przypatrzyli się» ptakom na niebie, które Boża Opatrzność otacza gorliwą troską, choć się nie trudzą (por. Łk 12, 24), i zachęca, by «dostrzec», że mamy belkę we własnym oku, zanim zobaczymy drzazgę w oku brata (por. Łk 6, 41). Znajdujemy go również w innym fragmencie Listu do Hebrajczyków, jako zachętę, by «zwrócić uwagę na Jezusa» (por. 3, 1), Apostoła i Arcykapłana naszego wyznania. A zatem czasownik rozpoczynający wezwanie, o którym mówimy, zachęca, by patrzeć na drugiego człowieka, przede wszystkim na Jezusa, i by troszczyć się o siebie nawzajem, by nie okazywać dystansu, obojętności wobec losu braci. Tymczasem często dominuje postawa przeciwna: obojętność, brak zainteresowania, które rodzą się z egoizmu, maskowanego przez pozorne poszanowanie «sfery prywatnej». Także dzisiaj z mocą rozbrzmiewa głos Pana, który wzywa każdego z nas do troszczenia się o bliźniego. Także dzisiaj Bóg nas prosi, abyśmy byli «stróżami» naszych braci (por. Rdz 4, 9), abyśmy tworzyli relacje nacechowane wzajemną troskliwością, zabieganiem o dobro drugiego i o jego pełne dobro. Wielkie przykazanie miłości bliźniego nakazuje i apeluje, by mieć świadomość, że jest się odpowiedzialnym za tego, kto tak jak ja jest stworzeniem i dzieckiem Bożym: fakt, że jesteśmy braćmi w człowieczeństwie, a często także w wierze, winien nas skłaniać do dostrzegania w bliźnim prawdziwego alter ego, nieskończenie umiłowanego przez Pana. Jeżeli zaprawiamy się w tym braterskim patrzeniu, wówczas solidarność, sprawiedliwość, a także miłosierdzie i współczucie w naturalny sposób rodzą się w naszym sercu. Sługa Boży Paweł VI twierdził, że współczesny świat cierpi przede wszystkim z powodu braku braterstwa: «Ludzkość jest ciężko chora. Przyczyną tej choroby jest nie tylko zmniejszenie się zasobów naturalnych i ich chciwe zgromadzenie przez niewielu, ile raczej rozkład braterskiej więzi zarówno między ludźmi, jak i między narodami» (enc. Populorum progressio [26 marca 1967], n. 66).

Troska o bliźniego oznacza, że pragniemy jego czy jej dobra pod każdym względem: fizycznym, moralnym i duchowym. Wydaje się, że współczesna kultura przestała rozróżniać dobro i zło, tymczasem trzeba z mocą podkreślać, że dobro istnieje i zwycięża, ponieważ Bóg «jest dobry i czyni dobro» (por. Ps 119 [118], 68). Dobrem jest to, co rodzi, chroni i promuje życie, braterstwo i wspólnotę. Odpowiedzialność za bliźniego oznacza zatem pragnienie i czynienie dobra drugiego człowieka, z nadzieją, że i on otworzy się na logikę dobra; interesować się bratem znaczy otworzyć oczy na jego potrzeby. Pismo Święte ostrzega przed niebezpieczeństwem, jakim jest zatwardziałość serca, wywołana przez swego rodzaju «duchową znieczulicę», która czyni ślepymi na cierpienia drugiego człowieka. Ewangelista Łukasz przytacza dwie przypowieści Jezusa, ukazujące dwa przykłady takiej właśnie sytuacji, która może zapanować w sercu człowieka. W przypowieści o miłosiernym Samarytaninie kapłan i lewita obojętnie «przechodzą obok» człowieka napadniętego i obrabowanego przez zbójców (por. Łk 10, 30-32), natomiast w przypowieści o bogaczu człowiek opływający w dobra nie zwraca uwagi na ubogiego Łazarza, który umiera z głodu pod jego drzwiami (por. Łk 16, 19). W obydwu przypadkach mamy do czynienia z przeciwieństwem «troszczenia się», patrzenia z miłością i współczuciem. Co nie pozwala humanitarnie i z miłością patrzeć na brata? Często bogactwo materialne i dostatek, a także stawianie na pierwszym miejscu własnych interesów i własnych spraw. Nigdy nie powinniśmy być niezdolni do «miłosierdzia» nad cierpiącym człowiekiem; nigdy nie mogą tak bardzo pochłaniać nas nasze sprawy i nasze problemy, że nasze serce stanie się głuche na wołanie ubogiego. Natomiast właśnie pokora serca i własne doświadczenie cierpienia mogą wzbudzić we wnętrzu człowieka współczucie i empatię: «Sprawiedliwy zajmuje się sprawami ubogich, grzesznik nie ma [dla nich] zrozumienia» (Prz 29, 7). Tym samym zrozumiałe staje się błogosławieństwo «tych, którzy się smucą» (Mt 5, 4), to znaczy tych, którzy potrafią zapomnieć o sobie i wzruszyć się cierpieniem drugiego człowieka. Spotkanie z drugim i otwarcie serca na jego potrzeby są sposobnością do zbawienia i szczęśliwości.

«Troszczenie się» o brata oznacza również, że dbamy o jego dobro duchowe. W tym miejscu pragnę zwrócić uwagę na pewien aspekt życia chrześcijańskiego, który jak mi się wydaje, popadł w zapomnienie – upomnienie braterskie z myślą o zbawieniu wiecznym. Dzisiaj na ogół podchodzi się z dużą wrażliwością do kwestii opieki i miłości w kontekście dobra fizycznego i materialnego innych, natomiast niemal całkowicie pomija się milczeniem duchową odpowiedzialność za braci. Inaczej jest w Kościele pierwszych wieków i we wspólnotach cechujących się prawdziwie dojrzałą wiarą, którym na sercu leży nie tylko cielesne zdrowie brata, ale także zdrowie jego duszy, ze względu na jego ostateczne przeznaczenie. W Piśmie Świętym czytamy: «Strofuj mądrego, a będzie cię kochał. Ucz mądrego, a będzie mądrzejszy, oświecaj prawego, a zwiększy swą umiejętność» (Prz 9, 8-9). Sam Chrystus mówi, żeby upominać brata, który grzeszy (por. Mt 18, 15). Czasownik oznaczający upomnienie braterskie – elenchein – to ten sam, który odnosi się do prorockiej misji chrześcijan, jaką jest piętnowanie pokolenia tych, którzy ulegają złu (por. Ef 5, 11). Tradycja Kościoła zaliczyła «upominanie grzeszników» do dzieł miłosierdzia duchowego. Ważną rzeczą jest ocalenie tego aspektu miłości chrześcijańskiej. Nie należy milczeć w obliczu zła. Mam tu na myśli postawę tych chrześcijan, którzy przez szacunek dla człowieka lub po prostu z wygodnictwa dostosowują się do powszechnie panującej mentalności, zamiast przestrzegać swych braci przed tymi sposobami myślenia i postępowania, które są sprzeczne z prawdą i nie prowadzą do dobra. Upomnienie chrześcijańskie nie jest jednak nigdy formułowane w duchu potępienia czy oskarżenia; wypływa zawsze z miłości i miłosierdzia i rodzi się z prawdziwej troski o dobro brata. Apostoł Paweł pisze: «Gdyby komuś przydarzył się jakiś upadek, wy, którzy pozostajecie pod działaniem Ducha, w duchu łagodności sprowadźcie takiego na właściwą drogę. Bacz jednak, abyś i ty nie uległ pokusie» (Ga 6, 1). W naszym świecie, przesyconym indywidualizmem, trzeba odkryć na nowo, jak ważne jest upomnienie braterskie, aby razem podążać do świętości. Nawet «prawy siedmiokroć upadnie» (Prz 24, 16) – mówi Pismo Święte – a wszyscy jesteśmy słabi i niedoskonali (por. 1 J 1, 8). Wielką przysługą jest zatem pomaganie i akceptowanie pomocy w postrzeganiu w prawdzie samych siebie, aby doskonalić własne życie i postępować bardziej prawidłowo drogą Pana. Zawsze potrzebne jest spojrzenie, które miłuje i koryguje, zna i uznaje, rozeznaje i przebacza (por. Łk 22, 61), jak Bóg uczynił i czyni w stosunku do każdego z nas.

2. «O siebie wzajemnie» – dar wzajemności

To «czuwanie» nad innymi jest sprzeczne z mentalnością, w której sprowadza się życie do wymiaru jedynie ziemskiego, nie postrzega go w perspektywie eschatologicznej i akceptuje dowolny wybór moralny w imię wolności jednostki. Społeczeństwo takie jak dzisiaj nasze może stać się obojętne zarówno na cierpienia fizyczne, jak i duchowe i moralne potrzeby życia. Tak nie powinno być we wspólnocie chrześcijańskiej! Apostoł Paweł zachęca, by dążyć do tego, co «służy sprawie pokoju i wzajemnemu zbudowaniu» (Rz 14, 19), starając się o to, «co dla bliźniego dogodne – dla jego dobra, dla zbudowania» (tamże 15, 2), nie szukając własnej korzyści, «lecz dobra wielu, aby byli zbawieni» (1 Kor 10, 33). To wzajemne upominanie i zachęcanie w duchu pokory i miłości winno być częścią życia wspólnoty chrześcijańskiej.

Uczniowie Pana, zjednoczeni z Chrystusem przez Eucharystię, żyją w jedności, która łączy ich niczym członki jednego ciała. To oznacza, że bliźni należy do mnie, jego życie, jego zbawienie wiążą się z moim życiem i moim zbawieniem. Sięgamy tutaj bardzo głębokiego aspektu wspólnoty: nasze życie i życie innych są współzależne, zarówno w dobru, jak i w złu; tak grzech, jak i uczynki miłości mają również wymiar społeczny. W Kościele, mistycznym ciele Chrystusa, występuje ta wzajemność: wspólnota nieustannie pokutuje i błaga o przebaczenie grzechów swoich synów, ale też nieustannie weseli się i cieszy świadectwami cnót i miłości, które w niej się pojawiają. «Żeby poszczególne członki troszczyły się o siebie nawzajem» (1 Kor 12, 25), pisze św. Paweł, ponieważ jesteśmy jednym ciałem. Miłość do braci, której jeden z wyrazów stanowi jałmużna – typowa praktyka wielkopostna, wraz z modlitwą i postem – jest zakorzeniona w tej wspólnej przynależności. Także przez konkretną troskę o najuboższych każdy chrześcijanin może wyrazić swoją przynależność do jednego ciała, którym jest Kościół. Wzajemna troska to także uznanie dobra, które Pan w nich czyni, i dziękowanie razem z nimi za cuda łaski, jakich dobry i wszechmogący Bóg nieustannie dokonuje w swoich synach. Kiedy chrześcijanin dostrzega w bliźnim działanie Ducha Świętego, może się z tego jedynie radować i chwalić za to Ojca niebieskiego (por. Mt 5, 16).

3. «By się zachęcać do miłości i do dobrych uczynków» – wspólna droga do świętości

To wyrażenie z Listu do Hebrajczyków (10, 24) zachęca nas do tego, byśmy mieli na uwadze powszechne powołanie do świętości, nieustanne postępowanie w życiu duchowym, byśmy dążyli do większych charyzmatów oraz coraz wznioślejszej i bardziej owocnej miłości (por. 1 Kor 12, 31-13, 13). Wzajemna troska ma pobudzać do konkretnej, coraz większej miłości, «niczym światło poranne, które wschodzi i wzrasta aż do południa» (por. Prz 4, 18), w oczekiwaniu na dzień, który nie zna zmierzchu w Bogu. Czas, który jest nam dany w życiu, jest cenny, abyśmy odkrywali i spełniali dobre uczynki w miłości Boga. Dzięki temu Kościół rośnie i się rozwija, aby osiągnąć pełną doskonałość Chrystusa (por. Ef 4, 13). W tej dynamicznej perspektywie wzrostu mieści się nasze wezwanie, byśmy się wzajemnie pobudzali do osiągania pełni miłości i dobrych czynów.

Niestety, wciąż istnieje pokusa, by się nie angażować, tłumić Ducha, odmawiać «wykorzystywania talentów», które nam zostały dane dla naszego dobra i dobra bliźniego (por. Mt 25, 25 n.). Wszyscy otrzymaliśmy bogactwa duchowe czy materialne przydatne do tego, by wypełniać Boży plan, dla dobra Kościoła i dla naszego zbawienia (por. Łk 12, 21 b; 1 Tm 6, 18). Mistrzowie duchowości przypominają, że w życiu wiary ten, kto nie czyni postępów, cofa się. Drodzy bracia i siostry, weźmy sobie do serca wciąż aktualne wezwanie, by dążyć do «wysokiej miary życia chrześcijańskiego» (por. Jan Paweł II, list apost. Novo millennio ineunte [6 stycznia 2001], n. 31). Kościół w swej mądrości, uznając i ogłaszając błogosławionymi i świętymi niektórych przykładnych chrześcijan, ma na celu także wzbudzanie pragnienia, by naśladować ich cnoty. Św. Paweł napomina: «w okazywaniu czci jedni drugich wyprzedzajcie» (Rz 12, 10).

W świecie, który wymaga od chrześcijan odnowionego świadectwa miłości Pana i wierności Mu, wszyscy winni czuć potrzebę prześcigania się w miłości, w usługiwaniu i w dobrych uczynkach (por. Hbr 6, 10). To napomnienie ma szczególną moc w okresie przygotowania do świąt wielkanocnych. Życząc świętego i owocnego Wielkiego Postu, zawierzam was wstawiennictwu Najświętszej Maryi Panny i z serca udzielam wszystkim Błogosławieństwa Apostolskiego.

Watykan, 3 listopada 2011 r.

BENEDICTUS PP. XVI

© Copyright 2011 - Libreria Editrice Vaticana

 
Rok 2012. Zawierzeni Bogu Ojcu
7 stycznia 2012

Rok 2012. Zawierzeni Bogu Ojcu

Podwójny kryzys w Europie

Mija rok 2011. Wydarzenia minionego roku wywołują w nas różne uczucia. Osobiste i społeczne dokonania budzą w nas radość i wdzięczność, a różne zaniechania, wojny i katastrofy wywołują smutek, żal i zadumę. Zaś rok 2012 – bardziej niż wiele minionych lat – wzbudza u wielu niepokój. A to za sprawą bogatej „literatury", której rok ten dorobił się, nim się zaczął. A co będzie, gdy go przeżyjemy? Tego, tak naprawdę, nikt z ludzi nie wie.

Jako chrześcijanie mamy ten niezwykły przywilej, że w każdej sytuacji i w każdym momencie możemy wstąpić na „miejsce wysokie" (Ba 5, 5) i Bożymi oczyma oglądać panoramę ludzkich dziejów. Potężną dłonią są one „pomieszczone" w przedziale czasu, zakreślonym przez Księgę Rodzaju i Apokalipsę. Dysponujemy też Chrystusowymi kryteria oceny tego, co się dzieje. Z wielką ufnością i spokojem można te kryteria przyłożyć do strumienia czasu i wszystkiego, co się w nim dzieje i wydarza. Wzorcowo uczynił to Benedykt XVI, gdy na przykład podczas spotkania z członkami Kurii Rzymskiej 22 grudnia 2011 r. zwięźle omówił najważniejsze wydarzenia, które ożywiają nadzieję kościelnej wspólnoty. Jednak Ojciec święty nie omieszkał po imieniu nazwać zarówno to, co stanowi o istocie kryzysu Europy, jak też kryzysu Kościoła w Europie.

Oba kryzysy nie są nam obojętne, gdyż dotykają nas i dotyczą. Wczytajmy się zatem w dwa fragmenty papieskiej diagnozy. „Pod koniec roku, Europa znajduje się w kryzysie gospodarczym i finansowym, który w ostateczności ma swą podstawę w kryzysie etycznym zagrażającym Staremu Kontynentowi. Mimo, że w znacznej mierze bezsporne są takie wartości jak solidarność, zaangażowanie na rzecz innych, odpowiedzialność za ubogich i cierpiących, często brakuje siły motywującej, zdolnej nakłonić jednostkę i wielkie grupy społeczne do wyrzeczeń i ofiary. Poznanie i wola niekoniecznie kroczą ręka w rękę. Wola broniąca osobistego interesu zaciemnia poznanie, a osłabione poznanie nie jest w stanie wzmocnić woli. Dlatego z tego kryzysu wypływają pytania bardzo podstawowe: gdzie jest światło, które mogłoby oświecić nasze poznanie nie tylko ogólnymi ideami, ale konkretnymi nakazami? Gdzie jest siła, która unosi naszą wolę ku górze? Są to pytania, na które musi odpowiedzieć nasze głoszenie Ewangelii, nowa ewangelizacja, aby przesłanie stało się wydarzeniem, a głoszenie życiem".

I o drugim kryzysie, współwystępującym z pierwszym. „Rdzeniem kryzysu Kościoła w Europie jest kryzys wiary. Jeżeli nie znajdziemy nań odpowiedzi, jeżeli wiara nie nabierze na nowo żywotności, stając się głębokim przekonaniem i rzeczywistą siłą dzięki spotkaniu z Jezusem Chrystusem, wszelkie inne reformy pozostaną nieskuteczne".

– Końcowe stwierdzenia Papieża jasno wskazują kierunek wyjścia z dwóch kryzysów. Ilu Europejczyków, zwłaszcza tych mocno wierzących i w wierze już mocno osłabłych, zechce pójść, dzień po dniu, we wskazanym kierunku: nowej ewangelizacji i spotkań z Jezusem Chrystusem?

A nasze kryzysy osobiste?

Jaką barwę ma moje życie? Jak uczucia przeważają? Co myślę i czuję, przechodząc z roku 2011 w rok 2012?

– Bywają w naszym życiu dni spokojne i szczęśliwe. Nawet całe lata upływają nam w poczuciu bezpieczeństwa i wszystko jest „w porządku"... Przychodzą też jednak takie dni (czasem bardzo liczne i dłużące się bardzo), w których czujemy się niepewni i zagrożeni. Dopada człowieka wielkie zmęczenie i smutek. Bywa, że wypełnia duszę poczucie samotności, niezadowolenia i niepokoju. I stopniowo staje się jasne, iż nikt z ludzi nie przywróci poczucia bezpieczeństwa ani nie ukoi skołatanego serca. Wielką łaską jest wtedy wiedzieć, że uspokoić nas może jedynie słowo Wszechmocnego Boga Stwórcy! A dokładniej Słowo Boga Ojca! Tym Słowem jest Boży Syn, który dla nas, dla mnie (jak podkreśla to św. Ignacy Loyola w Ćwiczeniach duchownych) – stał się Człowiekiem.

Treść tego, co mówi do nas Bóg Ojciec w Jezusie Chrystusie jest przebogata. Ale Jedno jest Najważniejsze. To mianowicie, że Wcielony Boży Syn odsłania wobec nas to, jaki jest Jego Ojciec, a zarazem Ojciec nasz. Jaka jest Jego Twarz (por. J 14, 9); jakie jest Jego Serce (por. Łk 15)! I że czułość ojcowskiego serca Boga jest nieskończona!

Tymczasem wiele na to wskazuje, że Bóg Ojciec mógłby mieć (czy ma) do nas „pewien żal". Z tego powodu, że choć dał nam Swego Syna, by w Nim zagwarantować nam dogłębne i niepodważalne poznanie przymiotów Jego ojcowskiego Serca, to my z tej możliwości nie (dość) korzystamy.

– Coś więcej na ten temat musiał wiedzieć ojciec Jean Daniélou SJ, wybitny teolog francuski (późniejszy kardynał), skoro stawia diagnozę, stwierdzającą połowiczność naszej wiary. „Można powiedzieć, że daleko jeszcze jesteśmy od zrozumienia, co oznacza nieskończona czułość ojcowskiego serca Boga, i zapewne nie potrafimy się wznieść, w obliczu Trójcy Świętej, aż ku pierwotnemu źródłu, którym jest boskie ojcostwo. Być może, zatrzymujemy się bliżej, przy Synu i Duchu, gdyż oni są posłani, i ponieważ w istocie widzimy Boga raczej w urzeczywistnianiu Jego zamysłu. Ale właśnie ponad Synem i Duchem jest tajemnica ojcostwa Bożego, które w sposób absolutny jest pierwotnym źródłem wszystkiego, pierwotnym źródłem wszelkiego stworzenia, a także wszelkiej łaski" 1.

Przypuszczam, że o. J. Daniélou SJ napisał te słowa także pod wpływem orędzia Boga Ojca, które otrzymała i poddała pod osąd Kościoła siostra zakonna Eugenia Elisabetta Ravasio (1907-1990) 2. Musiał je znać, skoro jego dwaj starsi współbracia, Albert i August Valensin (teolog i filozof), przez 10 lat badali to orędzie jako członkowie biskupiej komisji. Jest to tym bardziej prawdopodobne, iż biskup Grenoble, Aleksander Caillot, „na podstawie raportu sporządzonego w czasie badania kanonicznego dotyczącego Matki Eugenii Elisabetty Ravasio", dał o jej „dziele" urzędowe, pozytywne świadectwo: „Wierzę, że jest w nim [w dziele s. Eugenii] palec Boży i – po 10 latach badania, rozważania i modlitwy – błogosławię Ojca, że zaszczycił wyborem moją diecezję, jako miejsce tak wzruszających objawień Jego miłości".

Osobom pozytywnie zaintrygowanym przywołaniem broszury, zatytułowanej „Bóg Ojciec mówi do swoich dzieci" 3, dedykuję fragment świadectwa biskupa A. Caillot. Pisze on, na jaki „kłopot" natknęli się teologowie i skąd przyszedł „ratunek". „Kiedy Siostra Eugenia oświadczyła, że miała objawienia Ojca, badający ją teolodzy odparli jej, że objawienia Ojca są same w sobie niemożliwe i że jeszcze nigdy w historii nie miały miejsca. Obiekcjom tym Siostra oparła się, wyjaśniając po prostu: "Ojciec powiedział mi, żebym opisała to, co widziałam. On prosi Swoich synów teologów, żeby szukali". Siostra nigdy niczego nie zmieniła w swoich wyjaśnieniach, przez długie miesiące potwierdzała swoje zapewnienia. To dopiero w styczniu 1934 roku teologowie odkryli u samego św. Tomasza z Akwinu odpowiedź na zarzuty, które podnosili. Odpowiedź wielkiego Doktora dotycząca rozróżnienia między objawianiem się a misją była jasna. Pokonała przeszkodę, która paraliżowała cały proces. Wbrew uczonym teologom rację miała niewykształcona ignorantka. Jak po ludzku wytłumaczyć, także w tym przypadku, światło, mądrość i wytrwałość Siostry? Fałszywa wizjonerka usiłowałaby dostosować się do wyjaśnień teologów. Siostra nie ustępowała: oto nowe powody, dla których jej świadectwo wydaje się być godne ufnej obrony".

W tym rozważaniu nie relacjonuję treści orędzia. Dostęp do niego jest łatwy, a po zapoznaniu się z nim zapewne przystaniemy na ten wniosek, że pomijanie w naszym życiu wiary w Kogoś Najważniejszego i brak należytego kultu Boga Ojca – to rzecz obiektywnie poważna. A prócz tego czyż nie należy przejmować się fatalnym zagubieniem wielu mężczyzn i kobiet, którzy nie znając (czy nie dość znając) swego najlepszego Ojca, bardzo cierpią! Warto uczynić wszystko (i po wszystko, co pomocne sięgnąć), by wzmóc kult Boga Ojca, a także zaradzić cierpieniom ludzkiej rodziny. Oczywiście, to najpierw Jezus Chrystus – z woli Ojca – daje nam śmiały przystęp do Ojca (por. Ef 3, 12). To On zachęca nas, słowem i własnym przykładem, byśmy intensywnie przeżywali więź z Bogiem Ojcem; byśmy Jemu siebie powierzali.

Zawierzyć siebie Bogu Ojcu

Ufność i powierzanie siebie drugiej osobie są w naszym życiu niebywale ważne. Tak naprawdę, nasza codzienność utkana jest z aktów wzajemnie okazywanego sobie zaufania. Jedni drugim ufamy. Opieramy się i polegamy na dobrej woli innych. Powierzamy się różnorako ich dłoniom, umiejętnościom... Natomiast bardzo cierpimy, gdy ktoś siejąc zwątpienie i wzbudzając podejrzliwość, osłabia w nas fundamentalną zdolność, by móc wzajemnie sobie ufać i powierzać siebie jeden drugiemu. Demoniczne systemy totalitarne programowo uderzają właśnie w tę zdolność, która jest jednocześnie warunkiem życia w miłości, wspólnocie i pokoju.

Chyba, na powyższym tle, powinno być jasne, że najbardziej potrzebujemy zaufania wobec Boga i powierzania siebie dłoniom naszego Stwórcy i Ojca! Gdy te akty ducha słabną (więdną) i zanikają, wtedy naszemu życiu brakuje czegoś najważniejszego!

– Ojciec Karl Rahner SJ wyraził to prawidło życia osobowego z przejmującą precyzją: „Człowiek jest taką istotą, która pragnie całkowicie zawierzyć się drugiemu i tylko w ten sposób potrafi istnieć; odczuwa potrzebę «zdania się» na innego przez całkowite oparcie się na nim. (...) Człowiek tylko wtedy odnajduje siebie, gdy powierza siebie i zdaje się na drugiego albo raczej opiera się na nim. – W przeciwnym razie człowiek pozostaje zamknięty we własnej skończoności, jaka – jeśli to uwięzienie stanowi ostateczny, wolny akt jego życia – staje się dla niego dosłownie piekłem, trwałą samotnością w milczeniu, która dusi się sama w sobie" (moje podkr.). Słowa mocne i prawdziwe. Kto udowodni, że jest inaczej?

A gdyby ktoś potrzebował jeszcze odrobiny perswazji (z nutą przygany), to proszę bardzo. Jej autorem jest sam Jezus, a adresatką ... święta Katarzyna ze Sieny (więc my o wiele bardziej!). „Czemu nie ufasz Mnie, który jestem twoim Stwórcą? Bo ufasz sobie. Czyż nie jestem Ci wierny i oddany?/.../ Czemu wątpisz, że jestem dość mocny, aby Ci pomóc, dość silny, aby Cię wspierać i bronić od nieprzyjaciół, dość mądry, aby oświecić oko Twojego intelektu, lub że mam dość dobrotliwości, żebym Ci zechciał dać to, co jest konieczne dla twego zbawienia. Czemu mniemasz, że nie jestem dość bogaty, abym mógł Cię wzbogacić, ani dość piękny, by Ci przywrócić piękność? Czemu boisz się, czy znajdziesz u Mnie chleb do jedzenia i szatę do przyodziania się?".

Święci to ludzie tacy jak my, jednak wybitnie charakteryzuje ich to, że całkowicie polegają na Bogu. Siebie samych (i nas) przekonują: „Niech nic cię nie niepokoi, niech nic cię nie przeraża. Wszystko mija. Bóg się nie zmienia. Cierpliwość osiąga wszystko. Temu, kto ma Boga, nie brakuje niczego. Bóg sam wystarcza" (św. Teresa z Avila).

Już tyle rzeczy zawiodło nas i gorzko rozczarowało... Inne cieszyć nas będą jeszcze tylko jakiś czas, jednak i one, prędzej czy później, przeminą, dosłownie rozsypią się w proch. Ktoś napisał: „bogactwa stracą wartość, uroda zniknie, młodość przeminie, zdrowie się skończy, znajomi odejdą, ktoś inny okaże się lepszy w pracy, bardziej zdolny, częściej angażowany. Bóg jeden pozostanie wierny!".

Zatem nie dziwimy się, że ludzie prawdziwie mądrzy i dojrzewający w szkole Jezusa – właśnie z Bogiem Ojcem rozmawiają najserdeczniej i Jemu powierzają siebie jako najwspanialszemu Ojcu.

Bł. Karol de Foucauld wyraził swoje bezwarunkowe powierzenie siebie Bogu Ojcu w tej oto niezapomnianej modlitwie:

Mój Ojcze,
powierzam się Tobie,
uczyń ze mną, co zechcesz.
Cokolwiek uczynisz ze mną, dziękuję Ci.
Jestem gotów na wszystko, przyjmuję wszystko,
aby Twoja wola spełniała się we mnie
i we wszystkich Twoich stworzeniach;
nie pragnę nic więcej, mój Boże.
W Twoje ręce powierzam ducha mego
z całą miłością mego serca.
Kocham Cię i miłość przynagla mnie,
by oddać się całkowicie w Twoje ręce,
z nieskończoną ufnością,
bo Ty jesteś moim Ojcem.

o. Krzysztof Osuch SJ
Częstochowa, 30 grudnia 2011

 

 

 
<< pierwsza < poprzednia 1 2 3 4 5 6 7 8 następna > ostatnia >>

Strona 2 z 8

Szukaj

Licznik

Dziś64
Wczoraj668
W tym miesiącu9031
Wszystkich910348

Posłuchaj

Deus Meus - Śpiewajmy Barankowi Dim lights Embed Embed this video on your site

Ta strona używa plików Cookies.

Akceptuję ciasteczka (cookies) na tej stronie.

EU Cookie Directive Module Information